Noc
I właśnie dlatego, choć może wydać się to okrutne, dobrze się dzieje, że takie okropności, jak stwardnienie zanikowe boczne (ALS) dotykają osoby wybitne i inteligentne. Oczywiście ideałem byłby całkowity brak wszystkich schorzeń, ale skoro temu zapobiec (póki co) nie możemy, pozostaje nam skupienie się na ujarzmianiu ich skutków poprzez maksymalne polepszenie warunków życia osób cierpiących. Ogromna w tym oczywiście rola medycyny, jednak nie mniej istotny jest aspekt duchowy. I tu właśnie objawia się wspomniane przeze mnie szczęście w nieszczęściu, które polega na tym, że właśnie dzięki takim ludziom, jak Tony Judt, zwykli ludzie mogą pełniej (co nie znaczy w pełni - "nawet pełen dobrej woli, najżyczliwszy przyjaciel czy krewny nie jest w stanie zrozumieć poczucia izolacji i uwięzienia") zrozumieć tragedię i potrzeby osoby cierpiącej. Co więcej, dzięki takim tekstom człowiek może również samemu uświadamia sobie, że jego życie, choć do najprzyjemniejszych nie zawsze należy, jest w istocie wspaniałym darem.
Kwestię życia i śmierci Judt wielokrotnie porusza w swym tekście, choć nad tym pierwszym tak naprawdę się nie użala, zaś o tym drugim wspomina tylko raz (i to w nawiasie). "Mówimy w tym kontekście beztrosko o wyroku śmierci, który w rzeczywistości byłby wybawieniem" - na takie stwierdzenie czekałem od początku lektury, doczekałem się go jednak prawie na samym końcu. Co więcej, nie jest to wołanie o eutanazję, lecz zdefiniowanie mniejszego zła, które w istocie dla permanentnie cierpiącego człowieka zdaje się być jedynie dobrem...
Mogą się u niektórych pojawić wątpliwości, czy aby na pewno taki ekshibicjonizm uczuciowy jest czymś pożytecznym. Jednak to właśnie tacy ludzie, jak Tony Judt, podobnie jak wcześniej Jan Paweł II, dzięki swej publicznej postawie udowadniają, że pomimo doświadczenia najstraszliwszych chorób, można podjąć heroiczną z nimi walkę. I choć często człowiek z góry skazany jest na przegraną, to do końca może zachować to, co najcenniejsze - godność.
Lekturę "Nocy" przerywałem kilkakrotnie, bo choć tekst przesadnie długi nie jest, to zawiera tak wielką ilość spraw istotnych, że po prostu nie da się przeczytać go jednym tchem, bez kilkukrotnego zatrzymania się i refleksji. Dość powiedzieć, że po lekturze całości, nawet zwykłe wydawałoby się przerzucenie kartki nabrało duchowego wymiaru.



Tekst traktuje o sprawie poważnej, nieczęsto poruszanej. Zgadzam się, że Tony Judt jest postacią zasługującą na uwagę. Opisuje on chorobę, która powoli zabija go fizycznie, a on stara się żyć swoim intelektualizmem, lecz takie życie jest ciężkie, co dokładnie opisuję w swoim tekście. Myśli o samobójstwie przechodzą mu przez myśli. Dlatego też sądzę, że porównanie do Jana Pawła II jest trochę nie na miejscu.
OdpowiedzUsuń na zawszeMa myśli samobójcze.- taka drobna korekta ;)
OdpowiedzUsuń na zawszePozwolę sobie nie zgodzić się z Tobą, Anonimowy. Nigdzie bowiem autor nie stwierdził, że chce umrzeć, że pragnie samobójstwa, choć w jego akurat przypadku jest to technicznie niemożliwe. Mowa więc tu raczej o eutanazji.
OdpowiedzUsuń na zawszeTony pisze co prawda, że "Mówimy w tym kontekście beztrosko o wyroku śmierci, który w rzeczywistości byłby wybawieniem", o czym wspomniałem w tekście. Zauważ jednak proszę, że nie jest to prośba o to, by ktoś dokonał na nim zabójstwa. Jest to raczej informacja o świadomości istnienia pewnej 'furtki'. Furtki przez którą mimo wszystko nie chce przejść. Wg mnie nie może tu więc być mowy o woli samobójstwa.