czwartek, 30 kwietnia 2009

Po kolei


Musiałem odwiedzić bank (między innymi z powodu opisanego w poprzedniej notce). Okazało się, że trafiłem bardzo nieszczęśliwie - były tylko dwie pracownice i kilkunastu interesantów. Osobiście zbytnio się tym nie zmartwiłem, bo nigdzie mi się nie spieszyło, ale atmosfera odczuwalnie gęstniała. Co chwilę słychać było głosy oburzenia i niezadowolenia, a każdy kolejny głośniejszy od poprzedniego. Hałas zrobił się bardzo nieznośny również dla jednej z pracownic banku, czego dała wyraz słowną uwagą do najgłośniejszej z kobiet, informując, że nie może przez nią pracować.

Na chwilę zrobiło się spokojnie. Do momentu, aż pani za biurkiem poprosiła nie pierwszą osobę z kolejki, lecz pierwszą osobę, która przyszła w sprawie w której ona się specjalizuje. Mimo, że spokojnie mogłaby zająć się dowolną z czekających osób. I znowu zawrzało...

Ogólnie poszło o to, że taki system przyjmowania klientów można stosować, gdy występują adekwatne proporcje w ilości pracowników do interesantów, a nie teraz, gdy kolejka wije się tak, że Snake z komórek Nokii wpada w kompleksy, a za biurkiem tylko dwie panie. I trzeba przyznać, że jest w tym trochę racji, gdyż może dojść do takiej sytuacji, że osoby czekające na swoją kolej ponad godzinę, muszą ustąpić miejsca interesantowi, który dopiero co wszedł. A wszystko tylko dlatego, że miał to szczęście, że dla przykładu chciał założyć konto, a nie spłacić ratę, jak inni w kolejce.

Jednak to nie system kolejkowy był powodem mego smutku, lecz osobnik, będący jednym z najgłośniejszych krzykaczy, który wyrażał swe niezadowolenie, ale gdy przyszło co do czego, bez mrugnięcia okiem wykorzystał sytuację chwilę wcześniej głośno przez siebie krytykowaną.

Obłuda ludzi nie zna granic?

środa, 29 kwietnia 2009

Przelew


Dostałem wiadomość od serwisu aukcyjnego, że nadszedł czas na wpłatę należności za korzystanie z jego usług. Grzecznie więc zalogowałem się na konto bankowe i dokonałem przelewu posługując się przy tym tymi co zawsze, zapisanymi na koncie danymi odbiorcy. Uradowany, że mam to już z głowy, zapomniałem o sprawie. Przynajmniej do czasu, gdy dostałem ponaglenie do zapłaty...

Zdezorientowany napisałem prośbę o wyjaśnienie sprawy. Po kilku dniach otrzymałem odpowiedź z której dowiedziałem się, że uległy zmianie numery kont na które należy przesyłać pieniądze, w związku z czym mój przelew nie dotarł do adresata.

Dlaczego więc nie zostałem poinformowany o tym mailowo? Tłumaczyli się, że przecież informacje o zmianie numerów kont bankowych były dostępne na stronie serwisu. Kłopot w tym, że już długo z niego nie korzystałem, więc nie miałem jak się o tym dowiedzieć. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że z pośród wszystkich banków tylko dwa nie zwracają automatycznie pieniędzy przelanych na nieaktywne konto. I ja oczywiście korzystam z usług jednego z tych banków.

Zafundowano mi więc papierkową robotę - muszę zanieść do siedziby banku pisemną prośbę o zwrot pieniędzy, stratę czasu i niemałą dawkę (niepotrzebnych przecież) nerwów. A to wszystko dlatego, że komuś nie chciało się wysłać do swoich użytkowników wiadomości z informacją o zmianie numeru konta.

Swoją drogą, ciekawe co dzieje się z pieniędzmi wysłanymi na nieistniejące konta, o które nikt się nie upomniał.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Na odwrót


Świat bywa dziwny. Wiele rzeczy jest w nim na odwrót. Na przykład taki znak, jak widoczny powyżej. Czyż nie powinno być tak, że to dla kierowcy powinien być znak "Uwaga piesi", miast dla pieszych "Uwaga samochód"? Przecież to kierowca przecina drogę pieszym, a nie piesi jemu. Ale kto by się tam przejmował. Dobrze chociaż, że obecność ostrzeżenia nie usprawiedliwia, ani nawet nie umniejsza winy kierującego pojazdem, jeśli ten potrąci pieszego. Taką mam przynajmniej nadzieję...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Quake Live


Sieci komputerowe na uczelniach i w miejscu pracy mają to do siebie, że bardzo często bywają zabezpieczone przed wykonywaniem na tych komputerach zadań, które nie mieszczą się w zakresie ich przeznaczenia (a przynajmniej tak być powinno). Nie można na przykład zainstalować sobie gry, by w wolnej chwili się odstresować. Jednak i na to (jak na wszystko) znajdzie się sposób. Jednym z nich jest granie za pośrednictwem przeglądarki internetowej. Co ciekawe, nie trzeba już ograniczać się przy tym do ładnych graficznie, aczkolwiek statycznych gier przypominających upiększony arkusz kalkulacyjny, czy też ładnych ale niezbyt rozbudowanych i pozwalających zwykle tylko na rozgrywkę solo - gier flashowych. Wystarczy wejść na odpowiednią stronę, zarejestrować się i pobrać mały plik, by móc cieszyć się dynamiczną akcją w pełni trójwymiarowym środowisku. Zainteresowani? A zatem:

Fragowanie czas zacząć! ;)

niedziela, 26 kwietnia 2009

:P(_!_)

"Trzeba go dobrze opisać, bo on ma duży wpływ na jednego z głównych sponsorów."
Tymi słowami podsumowano informację, jaką miałem zamieścić jako newsman jednego z serwisów. I był to pierwszy przypadek w całej mojej historii znajomości z siecią, kiedy to napisałem coś, czego nie tylko nie chciałem napisać, ale czułem się okropnie robiąc to. A najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że przy owym newsie jest moje nazwisko. Taki lizodup ze mnie. Może więc powinienem od teraz podpisywać się graficznie?
:P(_!_)

sobota, 25 kwietnia 2009

Dylemat


Niektórzy zaobserwowali spadek formy twórczej właściciela tego skrawka Internetu. Trudno mi obiektywnie stwierdzić, czy jest to słuszne spostrzeżenie. W każdym bądź razie pojawił się dylemat, co z tym zrobić. Pisać i nie przejmować się ewentualnymi marudzeniami? Pisać, ale postarać się wkładać znacznie więcej pracy w teksty, by usatysfakcjonować odbiorców? A może po prostu rzucić to wszystko?

Pierwsza opcja jest niezgodna z mymi przekonaniami. Druga jest mi bardzo bliska. Kłopot w tym, że zawsze się do niej stosowałem (Zadowolenie Czytelnika najważniejsze!), a mimo to moja forma, jakakolwiek by ona nie była, podupada. Z kolei ostatnia możliwość w ogóle nie wchodzi w rachubę. Za bardzo się do tego wszystkiego, a zwłaszcza do tych wszystkich Czytelników przywiązałem, by teraz powiedzieć po prostu 'pa pa'.

Sytuacja jest więc patowa, a zważywszy na fakt, że od dłuższego czasu odczuwam permanentne zmęczenie fizyczne i psychiczne, nie zanosi się na szybki i owocny powrót weny...

Wybaczcie wszyscy, których w jakikolwiek sposób zawiodłem!

piątek, 24 kwietnia 2009

Muzyka


Nigdy nie byłem muzykomaniakiem. W dzieciństwie nie miałem odpowiednich wzorców do naśladowania - nie było w moim otoczeniu nikogo, kto pałałby wielką miłością do muzyki i mnie ową miłością zaraził. W okresie szkoły podstawowej, zwłaszcza w ostatnich latach nauki (VI - VIII klasa), wiedziałem co jest akurat na topie i czego 'powinno się słuchać'. Wynikało to jednak z konieczności 'bycia na czasie', niż z zamiłowania.

Dopiero w czasie szkoły średniej, za sprawą nowo poznanej osoby dowiedziałem się, że istnieje muzyka, która mi się podoba i której słuchanie rzeczywiście sprawia mi przyjemność. W moim świecie pojawiła się poezja śpiewana. Nie jest to raczej nic niezwykłego, zważywszy na fakt, że od zawsze ważniejsza była dla mnie treść niż forma, a zatem w piosenkach skupiam się bardziej na tekście, niż towarzyszącej jej melodii. Gdy okazało się, że istnieją wykonawcy, którzy oba aspekty mają równie dobrze opanowane, byłem uradowany. :)

I wiecie co? Warto mieć swoją ulubioną muzykę. A jeszcze bardziej warto jej słuchać, do czego zachęcam nie tylko z powodu możliwości umilenia sobie czasu. Najnowsze badania dowodzą bowiem, że regularne słuchanie ulubionej muzyki wspomaga proces rehabilitacji tkanki nerwowej mózgu, uszkodzonej na przykład po udarze. Jednak nawet, jeśli udar to dla Ciebie coś abstrakcyjnego, i tak uważam, że warto spędzać czas przy muzyce, bo to po prostu miłe. :)

czwartek, 23 kwietnia 2009

Secret


Secret to nie tylko film i książka, które na listach sprzedaży osiągają szczytowe pozycje. Ten tak zwany sekret to pewnego rodzaju filozofia życiowa, która przez wieki ukrywana była przed ludźmi. Tak przynajmniej przekonują współcześni propagatorzy 'sekretu', którzy w swej nieskończonej dobroci ujawniają go nam wszystkim...

Znawcy 'sekretu', czy jak wolą niektórzy 'Sekretu', uważają, że każdy element nas otaczający jest wynikiem oddziaływania naszych myśli. Wszechświat czyni wszystko pod dyktando naszych myśli. Chcesz piękny, sportowy samochód? Przekonaj swoje myśli, a w szczególności swoją podświadomość, że już go posiadasz, a wszechświat tak wszystkim pokieruje, że staniesz się jego właścicielem.

Znamy to już choćby z teorii o potędze pozytywnego myślenia. 'Sekret' idzie jednak dalej, starając się udowodnić, że wszechświat nie działa wybiórczo i nie wybiera tylko pozytywnych rzeczy do realizacji. Również wszelkiego rodzaju kataklizmy, klęski żywiołowe, wypadki, śmiertelne choroby i inne okropności powodowane są naszymi wstrętnymi myślami.

Jeśli więc w przyszłości Ty lub ktoś Tobie bliski zachoruje na raka, to wiedz, że jest to spowodowane tylko i wyłącznie niewłaściwym sposobem myślenia! To nie genetycznie modyfikowane i nafaszerowane chemią jedzenie, nawet nie uwarunkowanie genetyczne organizmu. Jedynym winowajcą jesteś Ty sam(a) i Twoje nieodpowiednie myśli!

Do czego jeszcze ludzie są zdolni przekonać innych, byle tylko wyciągnąć od nich ogromne pieniądze, a czasem nawet nie ogromne, ale ostatnie, jakie posiadają? Czy w biznesie nie ma już miejsca na przyzwoitość? I dlaczego 'sekretnicy', jak nazywam wyznawców 'sekretu' są nieobecni na oddziałach onkologicznych i nie uświadamiają obecnych tam pacjentów, że wystarczy pomyśleć, że jest się zdrowym, a wtedy ciało samo się zregeneruje, pozbywając się szkodnika?

Ale najbardziej dziwi mnie, jak bardzo i przede wszystkim czym zaślepieni są ludzie, że wierzą w takie bzdury?

środa, 22 kwietnia 2009

Łowcy skór


Ja swojej skóry tanio nie sprzedam!

wtorek, 21 kwietnia 2009

Undo


Wysłanie listu "z załącznikiem" bez dodania tegoż? Zorientowanie się, że popełniło się wielką ortograficzną gafę tuż po tym, jak kliknęło się przycisk 'Wyślij'? Podanie niewłaściwego adresata, przez co mail dotrze właśnie do tej osoby, do której miał NIE dojść? Dodanie niewłaściwego załącznika?

Któż z nas nie doświadczył przynajmniej jednej z ww. sytuacji? Mogą one być nie tylko kompromitujące, ale też owocować nieprzyjemnymi w skutkach konsekwencjami. Okazuje się, że wiedzą o tym również pracownicy korporacji Google, a przynajmniej ta jej część, która odpowiedzialna jest za usługę poczty elektronicznej - Gmail.

Od niedawna w ustawieniach Gmaila możliwe jest włączenie opcji 'Undo', która opóźnia wysłanie wiadomości o 5 sekund, dając nam w ten sposób szansę na cofnięcie "wysłanej" wiadomości!

Nic oczywiście nie zastąpi manualnego sprawdzenia przed wysłaniem utworzonej treści. Jeśli jednak istnieje możliwość zmniejszenia ryzyka wystąpienia wpadki, warto z niej skorzystać (z możliwości, nie wpadki). Zwłaszcza, że często gra toczy się o wysoką stawkę...

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Mirror's Edge 2D


Bardzo często przy okazji powstawania dużych projektów tworzone są mniejsze, powstające na fali tego większego. W założeniu ma to nakręcać komercyjną spiralę, zwiększając oddziaływanie na konsumenta, poprzez swą wszędobylskość.

Również gra "Mirror's Edge" doczekała się swego mini odpowiednika w postaci "Mirror's Edge 2D". Jednak pomimo faktu, że to 'tylko' przystawka do dania głównego, warto się nią zainteresować, by zafundować sobie kilka chwil relaksu bawiąc się w le parkour.

niedziela, 19 kwietnia 2009

Slumdog


Slumdog.
Milioner z ulicy.

Jamal, mieszkaniec slumsów Bombaju, w wieku 18 lat bierze udział w hinduskiej wersji "Milionerów". Od finałowej wygranej dzieli go ostatnie pytanie, jednak zanim zdąży na nie odpowiedzieć, aresztuje go policja. Funkcjonariusze chcą się dowiedzieć jak chłopak może wiedzieć tak dużo. Jamal opowiada prawdziwą historię dzieciństwa, przemocy i miłości swojego życia. To ulica była jego szkołą. Szkołą przetrwania...
W powyższy sposób o filmie pisze jego dystrybutor, zachęcając do wybrania się na projekcję. Mi natomiast nie pozostaje nic innego, jak tylko przyłączyć się do tej zachęty. Nie, nie mam z tego tytułu żadnych profitów. Po prostu widziałem film i wiem, że warto poświęcić na niego dwie godziny. Nie jest to może dzieło wybitne, ale na pewno ambitne, a przy tym bardzo dobrze się ogląda.

Polecam.

sobota, 18 kwietnia 2009

Interes


Uzupełniałem kiedyś braki w mojej kolekcji magazynów CD-Action. W tym celu przekonywałem pewną osobę, że część z egzemplarzy archiwaliów CDA, jakie posiada, nie jest mu już przecież potrzebna. I okazało się, że mam dar przekonywania. ;)

Nie było to łatwe, bowiem w numerach które mnie interesowały, znajdowały się również materiały istotne dla tamtej osoby. Znaleźliśmy jednak wyjście z tej sytuacji. Ustaliliśmy, że gdy stanę się nowym właścicielem kilku archiwaliów, skseruję kilka artykułów, by mój kontrahent nie odczuł zbytnio poniesionej straty, po czym przeszliśmy do kwestii najważniejszej - ceny. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że ta osoba nie chce ode mnie ani złotówki, bo "i tak wydam sporo kasy na ksero"... W efekcie były już właściciel nabytych przeze mnie egzemplarzy czasopisma, nie tylko dostał kopie posiadanych wcześniej materiałów, a więc produkt gorszej jakości, ale jeszcze nie otrzymał żadnej korzyści za to wyrzeczenie.

Niech to będzie przestrogą, że w czasie ubijania interesu liczy się Wasz zysk! I nie należy się przejmować, że druga strona poniesie w związku z tym znaczne koszty. Skoro zgadza się na takie a nie inne warunki, to znaczy, że również uważa, że się opłaca.

Oczywiście interesy z rodziną/znajomymi to zupełnie inna kategoria. Wielu twierdzi nawet, że do takowych w ogóle nie powinno się doprowadzić.

piątek, 17 kwietnia 2009

Patch


Naszła mnie ochota na zagranie w 'Company of Heroes' w sieci. Aby zagrać w multiplayer należy posiadać najnowszą wersję gry. I nie chodzi o to, by trzeba było kupować dodatki do gry, których w tym przypadku ukazały się dwa. Trzeba po prostu pobrać i zainstalować patche, czyli łatki poprawiające błędy i dodatkowo balansujące rozgrywkę w sieci. Pierwsze wpływa na komfort gry, drugie zaś jest niezbędne z racji wspomnianych dodatków i pojawiających się w nich nowych jednostek i pojazdów. Bez ich odpowiedniego wyważenia rozgrywka w sieci nie miałaby sensu.

Kłopot w tym, że posiadam wersję gry (prawie) premierową, czyli nie miałem do niej ani jednej łatki. Czekało mnie więc pobieranie ponad 4GB danych! Co gorsza, po zassaniu i zainstalowaniu pierwszego patcha nie było już odwrotu - w grę nie dało się zagrać nawet offline, nie mając zainstalowanych wszystkich łatek. Jeśli dodać do tego jeszcze fakt, że mój limit transferu danych (po przekroczeniu którego prędkość połączenia drastycznie spada) wynosi 5GB, otrzymujemy obraz bardzo niewesołej sytuacji.

Mam nadzieję, że jakość oferowanej rozgrywki sieciowej, której jeszcze nie przetestowałem z racji niskiej prędkości połączenia, wynagrodzi me poświęcenie. Choć fakt, że prawie trzy lata po premierze gry*, serwery sieciowe nie pustoszeją, zdaje się świadczyć o tym, że warto czekać na odnowienie limitu. ;)

*To musi być niezła fucha - premier gry.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Xpadder



Zdolność do wykorzystywania przedmiotów niezgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem, to jedna z cudowniejszych właściwości człowieka. Nie zawsze takie zachowanie jest pozytywne - nóż można do wielu czynności zastosować... Tym niemniej, wiele niestandardowych pomysłów pozwala na umilenie lub choć częściowe ułatwienie sobie życia.

Powyżej znajduje się filmik instruujący, jak wykorzystać gamepad, czyli kontroler do gier, do sterowania kursorem w systemie Windows. Dzięki temu otrzymujemy swego rodzaju pilot do komputera. Dość specyficzny, ale zawsze to jakieś ułatwienie.

Tak, wiem, że są myszki bezprzewodowe. Ale jeśli ktoś takowej nie posiada, to zaproponowane powyżej rozwiązanie jest w zupełności wystarczające. Przydaje się zwłaszcza przy oglądaniu filmów. Czasem trzeba włączyć pauzę, przewinąć, zmienić poziom głośności, czy zrobić zrzut ekranu. I po co wtedy wstawać do klawiatury, skoro można zrobić to bardzo wygodnie, leżąc sobie na kanapie? ;)

środa, 15 kwietnia 2009

Wiesz?


Przez pewien czas musiałem spędzić całkiem sporo chwil z osobą, która miała nieciekawą manierą ciągłego sprawdzania towarzysza rozmowy, czy on 'wie'. Co chwilę wypowiedź tej osoby przerywane były pytaniem 'Wiesz?', choć tak naprawdę było to stwierdzenie, bowiem odpowiedź nie była w ogóle oczekiwana.

Nie mam pojęcia, jaki tego cel. Wiem jednak (tak, wiem), że o ile od czasu do czasu można to przeboleć, o tyle w większym natężeniu jest po prostu nie do zniesienia. Co gorsza, przez tę osobę nabawiłem się takiej alergii na słowo 'wiesz' wciskane tam, gdzie nie powinno go być, że ze zdumieniem odkrywam omawianą przypadłość u osób u których o jej istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia.

To straszne. Wiesz?

wtorek, 14 kwietnia 2009

Candy



Candy

Kevin Brooks
"Rzeczywistość, którą przedstawia, na poły okrutna i bezwzględna, na poły piękna i pełna nieodpartego uroku, wciąga czytelnika swoją prawdziwością."
W taki oto sposób książkę 'Candy' autorstwa Kevina Brooksa reklamuje pewien internetowy sklep. Natomiast w tym miejscu znajduje się fragment omawianej powieści, który pozwala na weryfikację prawdziwości cytowanego zdania, jak również ocenę samego dzieła. Mimo, że jak się rzekło, to tylko fragment.

Oto, jakie rewelacje można wyczytać w książce:
"Po drugiej stronie był McDonald’s.
Świetnie, tam będę mógł kupić coś do zjedzenia, posiedzieć kilka minut…
Usiąść przy oknie.
Popatrzeć na ulicę.
Obserwować stację.
Dobry pomysł… Ale to nie będzie wyglądało, jakbym czekał na kogoś konkretnego, prawda? Nie będę chyba wyglądał jak gapowaty dzieciak z problemami hormonalnymi…

Nie, posiedzę po prostu, zjem hamburgera, spoglądając od niechcenia przez okno, zabijając czas…
Nie ma w tym przecież nic złego.

W środku panował tłok, większość stolików była już zajęta, a przy ladzie ciągnęły się kolejki klientów — dzieciaki, starsze pary, jacyś twardziele w kapturach i łańcuchach… stanąłem na końcu i zacząłem analizować zestawy na tablicy. Właściwie nie wiem po co, i tak ich nie rozumiem — McZestawy, powiększone McZestawy, promocyjne McZestawy, dwie sztuki czegoś za 99 pensów, średnie to plus średnie tamto… to dla mnie zbyt skomplikowane. I tak zawsze biorę to samo: cheeseburgera i czarną kawę.

(...)

Znaleźliśmy stolik przy oknie, sprzątnęliśmy śmieci i usiedliśmy. Ja zamówiłem to, co zwykle, a ona czekoladowego pączka i dużą colę z toną lodu. Patrzyłem, jak stawia kubek na blacie, pochyla się i łapie ustami słomkę.
— Może masz ochotę na coś jeszcze? — zapytałem.
Pokręciła głową, łakomie łykając napój z buzią dziecka skoncentrowanego na nowej zabawce. Odwinąłem hamburgera i zabrałem się do jedzenia. Nie czułem już głodu, ale musiałem czymś zająć ręce. Trudno ukryć nerwowe ruchy dłoni, gdy nie ma co z nimi robić. Żułem i przełykałem,
ocierałem usta z sosu, zerknąłem na zegarek…
— Jesteś z kimś umówiony? — zapytała.
— Niezupełnie — odparłem.
— Słucham?
Zakrztusiłem się kawałkiem sałaty, zdając sobie sprawę,
jak idiotycznie zabrzmiała moja odpowiedź."
I co my tu mamy?
Przede wszystkim w oczy rzuca się pewna nielogiczność lub po prostu niekonsekwencja. Najpierw narrator twierdzi, że zje sobie hamburgera, następnie oznajmia, że i tak zawsze bierze cheeseburgera, ale ostatecznie okazuje się, że kupił hamburgera. Wygląda to tak, jakby autor sam nie wiedział o czym pisze...

Zauważyć też można kilka małych liter w miejscach, gdzie powinny być wielkie. Ale to już nie do końca wina samego autora.

Co jednak z obiecaną "prawdziwością rzeczywistości"? Kluczowe w tej kwestii jest ostatnie z cytowanych zdań: "Zakrztusiłem się kawałkiem sałaty, zdając sobie sprawę, jak idiotycznie zabrzmiała moja odpowiedź." A od kiedy to w hamburgerach od McDonalda znajduje się sałata?
I tyle na temat prawdziwości.

Nie wiem jak Wam, ale mi już wystarczy Candy...

Choć z drugiej strony, biorąc pod uwagę moje zamiłowanie do wyłapywania takich 'smaczków', może jednak warto poznać ją bliżej? ;)

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Wojna


O tym, że wojna jest zła wiem od dawna. Od tak dawna, że nawet nie pamiętam od kiedy. Nie wiem nawet co sprawiło, że to przekonanie jest we mnie aż tak silne i kategorycznie odrzucające wszelką negację okropieństwa wojny.

Jednak dopiero grając w Company of Heroes autentycznie odczułem, jak wielką tragedią był, jest i zawsze będzie konflikt zbrojny. Nie uczyniła tego żadna książka, fotografia z frontu, przechadzka po obozach zagłady, ani nawet film. Zrobiła to gra. Choć tak naprawdę nie grałem. Ja przeżuwałem to, co działo się na ekranie. I właśnie dlatego tak lubię gry. Pozwalają bowiem doświadczyć rzeczy, których w rzeczywistym świecie nigdy bym nie poznał. Czasem stety, czasem niestety.

Z CoH wiąże się jeszcze jedno ciekawe zjawisko. Otóż dotychczas nieczęsto grywałem w produkcje strategiczne. Po prostu przywiązuję się do prowadzonych postaci i nie lubię, gdy muszę się z nimi rozstać, bo bit określający żywotność jednostki zmienił się z 1 na 0, co jest przecież sytuacją normalną we wszelkiej maści strategiach. Tymczasem, podczas obcowania z Kompanią Braci wcale się tym nie przejmowałem. Po prostu wciskałem przycisk odpowiedzialny za wezwanie posiłków.

W świetle wcześniejszych informacji wydaje się to być paradoksalne. No bo jak to tak, że dzięki tej produkcji doświadczyłem, jak wstrętna jest wojna, a z drugiej strony w ogóle nie przejmowałem się ginącymi jednostkami? Sprawa jest jednak prosta - jeśli się da, trzeba dołożyć wszelkich starań, by do wojny nie doszło. Jeśli jednak wybuchnie i znajdziemy się na froncie - należy walczyć!

W imię czego? Demokracji? Wolności? Niepodległości? O pokój? Nie. O życie! Własne życie...

niedziela, 12 kwietnia 2009

Xfire


Xfire to komunikator po solidnym tuningu mechanicznym, dedykowany dla graczy. Łączy w sobie wiele użytecznych narzędzi przydatnych i/lub niezbędnych w czasie rozgrywek multiplayer. Jednak nie tylko sieciowcy są grupą docelową tej aplikacji.

Program pozwala na rozmowy (zarówno tekstowe, jak i głosowe) z innymi graczami w czasie rozgrywki, przy czym każdy może grać w zupełnie inną produkcję. Ba, w ogóle nie musi grać, by sobie porozmawiać. ;) Software pokazuje w co aktualnie grają znajomi, oraz na jakim serwerze, a przyłączenie się do gry w którą gra kolega ogranicza się do jednego kliknięcia!

Xfire to również znakomita propozycja dla graczy, którzy lubią dzielić się z innymi swymi osiągnięciami. Aplikacja w prosty sposób pozwala na zgrywanie zrzutów ekranu oraz całych sekwencji filmowych z gry i natychmiastowe wysłanie ich na stronę Xfire, gdzie przekazane materiały znajdą się na stronie profilu gracza. Dzięki temu każdy może zobaczyć nie tylko w co, ale też jak dany osobnik gra.

A skoro jesteśmy już przy stronie internetowej Xfire, warto nadmienić, że znaleźć tam możemy statystyki rozgrywki. Dowiemy się zatem w co, jak również jak długo graliśmy w daną grę. Serwis prowadzi też ranking popularności gier, tworzony na podstawie czasu spędzonego na rozgrywce przez zarejestrowanych graczy.

Wszystko to (i nie tylko - zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z tym materiałem) sprawia, że Xfire to znakomite miejsce, gdzie społeczność graczy łączy się w klany, prowadzi ligi, czy po prostu dyskutuje na temat ulubionych gier. Szczerze polecam każdemu fanowi elektronicznej roz(g)rywki.


PS. Jako bonus - obrazek (powyżej) na którym widzimy, że w ciągu ostatniego tygodnia grałem w Company of Heroes 8 godzin, natomiast ogólnie na grę w tę produkcję poświęciłem godzin 7... Okazuje się więc, że suma może być mniejsza, niż tworzące ją argumenty. ;P

sobota, 11 kwietnia 2009

Nieswojo


Zauważyłem, że nie personalizuję swego obecnego miejsca zamieszkania. Ja tę przestrzeń po prostu użytkuję. I nie wynika to z faktu, że dzielę tę powierzchnię ze współlokatorem. Na poprzednim miejscu było tak samo, a tam miałem pełną swobodę.

Czy to znaczy, że jest mi tu źle? Bynajmniej. Mam po prostu świadomość, że jeszcze nie raz będę zmieniał adres. Najgorsze jest jednak to, że nie wiem, czy mogę wiązać się z Bydgoszczą emocjonalnie. Jeśli bowiem za dwa lata okaże się, że oto nadeszła pora na powrót do Chojnic, co jest prawdopodobne i nie tylko ode mnie zależne, pozostawienie tego wszystkiego może stać się aż nazbyt bolesne.

Choć biorąc pod uwagę fakt, że człowiek bardziej do ludzi niż przedmiotów się przywiązuje, już teraz mam świadomość, że lekko nie będzie...

piątek, 10 kwietnia 2009

Sprawiedliwość



Przestępców nie karze się za to, że popełnili zbrodnie, lecz dlatego, że została im ona udowodniona. Nic dziwnego więc, że zbrodnia dokonana na oczach dziesiątków tysięcy świadków, doczekała się rychłej sprawiedliwości.

czwartek, 9 kwietnia 2009

No problem


Najczęściej, gdy pojawia się jakiś problem, istnieje sposób, aby jemu przeciwdziałać, lub po prostu złagodzić jego skutki. Gdy okaże się na przykład, że pralka wypuściła wodę nie tą drogą do której nas przyzwyczaiła i której byśmy oczekiwali, powodując przez to zalanie sąsiada, to oczywistym jest, że załamywanie rąk na nic się zda. Tu trzeba działać, by zminimalizować straty własne i sąsiada.

Czasem jednak bywa tak, że obojętnie czego by się nie zrobiło, niezależnie od tego, jak by się człowiek starał, problemu nie da się pokonać. I co wtedy? Możliwości jest kilka. Możemy zacząć wyrywać sobie włosy (na przykład z głowy). Możemy krzyczeć: "O Boże! O Boże! Co teraz!?". Istnieje też opcja upartego podejmowania inicjatyw mających na celu rozwiązanie problemu. Jest to sensowne tylko wówczas, jeśli każda kolejna próba będzie różna od poprzedniej. Nie ma wielu rzeczy (czynności) głupszych niż wielokrotne powtarzanie tych samych zachowań, licząc na odmienny efekt, jeśli doświadczenie pokazało, że pięć tysięcy poprzednich prób było identycznych.

Co zatem należy robić? Nic! A przede wszystkim (zbytnio) się nie przejmować. Nie myślę tu oczywiście o udawaniu, że życie to beztroska sielanka. Daleki jestem również od propagowania 'działania' polegającego na świadomym wpływaniu na podświadomość, a wtedy podświadomość zmieni rzeczywistość. Przerażające to, ale rzeczywiście istnieją ludzie, którzy wierzą, że jeśli pomyślą że czegoś nie ma (jest), to tego nie będzie (będzie). Coś na zasadzie materializacji myśli... Ale wróćmy do tematu.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy "kłopotów", "problemów" i "kłód pod nogami" miałem tyle, ile wcześniej wszystkich razem wziętych chyba nie miałem. Mogłem nad nimi rozmyślać, przeżywać je, panikować z ich powodu. Ale co by to dało. Sensownego - nic.

Gdybym zaczął się nimi (za bardzo) przejmować, to widząc swą bezradność zacząłbym jeszcze bardziej się przejmować, co by we mnie wywołało jeszcze większą frustrację. I tak na okrągło, aż w końcu dany "problem" rozrósłby się do takiego poziomu, że wszelka ma myśl, uwaga i skupienie koncentrowałoby się właśnie na tym "problemie". I jak tu żyć, pracować, czy kochać(!) ze świadomością, że życie jest do kitu?

Obrałem więc strategię akceptacji. Zaakceptowałem to, że kłopoty są integralną częścią życia. Świat natomiast istnieje w harmonii i równowadze, co oznacza, że jeśli istnieje 'minus', to musi też być 'plus'. I okazuje się, że takie podejście jest szalenie owocne. Można wręcz odnieść wrażenie, że 'minusy' rozwiązują się same. Czasem nawet dosłownie, zwykle jednak rozwiązanie pojawia się samo, wymagając minimalnej tylko inicjatywy własnej.

A problemy?
Nie ma problemów.
Są wyzwania!

środa, 8 kwietnia 2009

Gapa


Wybraliśmy się z m. wraz z kilkoma znajomymi w pewne oddalone od nas miejsce, dokąd dojechaliśmy autobusem. Gdy załatwiliśmy tam to, co mieliśmy do zrobienia, trzeba było wrócić do swych mieszkań. Oczywiście w grę wchodził tylko powrót autobusem (lub tramwajem). Ponieważ godzina była już niemłoda, wszelkie miejsca gdzie można było nabyć bilety zostały już dawno pozamykane.

Miałem więc dwa wyjścia - albo pojadę na gapę, albo zakupię bilet u kierowcy. Ponieważ jestem przykładnym obywatelem (che che), zdecydowałem się na to drugie rozwiązanie. Nim podszedłem do pana kierującego pojazdem, zatroszczyłem się o to, by mieć w miarę odliczone pieniążki, po czym grzecznie poprosiłem o bilet.

Niestety, okazało się, że kierowcy bardzo się nie spodobało, że miast 2,6 dałem mu 3 zł. Ma być odliczone i koniec! Na nic zdała się nawet moja deklaracja, że wcale nie oczekuję wydania reszty, proszę tylko o bilet. Pan się uparł i się nie dogadaliśmy.

W efekcie zostałem postawiony przed problemem z jakim musiał się kiedyś zmierzyć imć Wałęsa - "Nie chcem, ale muszem". Nie chciałem jechać bez biletu, ale zostałem do tego zmuszony. Jedno dobre, że nie dane mi było przekonać się, jak na taką sytuację zareagowałby osobnik potocznie kanarem zwany. Prawdopodobnie dzięki temu uniknąłem nielichego sporu...

wtorek, 7 kwietnia 2009

Zadłużenie


Powyżej prezentuję pismo z banku, które otrzymał mój Bracki.

Chyba muszę się poważnie zastanowić nad wysłaniem do tego banku prośby o dofinansowanie mojego blogu. Skoro lubi marnować pieniądze na bzdury, co zostało wyżej udowodnione, mam spore szanse na sukces. :P

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Zbędniki


Człowiek w ciągu życia potrafi zgromadzić niezwykle wiele rzeczy materialnych. Jedne mniej, inne bardziej wartościowe. Bardzo często jednak, nawet te najmniej potrzebne i przydatne przedmioty stają się wiernymi towarzyszami. Bardzo dużo rzeczy nie trafia na śmietnik (gdzie ich miejsce) tylko dlatego, że są to tak zwane 'przydasie', czyli przedmioty, które w przyszłości mogą okazać się pomocne/niezbędne. Tymczasem zwykle jest na odwrót, przez co zajmują one tylko niepotrzebnie przestrzeń w pokoju, szafie, czy piwnicy.

Przygotowując się do przeprowadzki (tej pierwszej - styczniowej), trzykrotnie przeprowadziłem akcję 'Przesiew', starając się wyeliminować wszystko to, co materialne, a bezwartościowe. Każda taka akcja owocowała minimum kartonem 'zbędników'.

Teraz, po kilku miesiącach od pójścia 'na swoje', gdy wracam od czasu do czasu do domu rodzinnego, za każdym razem ogarnia mnie zdumienie, jak wiele rzeczy mi zostało, których nie zdążyłem jeszcze przetransportować. Jednak to nie ilość tych przedmiotów sprawia szok, lecz fakt, że przez cały ten czas ani razu nie poczułem, że są mi one potrzebne i brakuje mi ich w Bydgoszczy. I pomyśleć, że podczas przeprowadzania selekcji, przez cały czas wydawało mi się, że jestem dla siebie zbyt surowy...

Ilość otaczających nas 'zbędików' potrafi przerazić...

niedziela, 5 kwietnia 2009

Ostatnie zlecenie


Tytuł filmu w oryginale brzmi 'Bangkok Dangerous'. Tłumacze wykazali się więc niezwykłą inwencją, nazywając produkcję mianem 'Ostatnie zlecenie'. Zatem już przed przystąpieniem do oglądania wiemy, że mamy do czynienia z czymś niezwykłym. :P

A czym jest ten film? Jednym wielkim nieporozumieniem!

Bo, czy można nazwać inaczej opowieść o płatnym zabójcy, będący jednym z najlepszych i najbardziej doświadczonych na świecie, który w imię nie wiadomo czego - łamie wszelkie zasady wg których dotychczas postępował? Co więcej, okazuje się być nawet wielkim romantykiem, który zakochuje się od pierwszego wejrzenia w niemej kobiecie. Na domiar złego, paradoksalnego scenariusza nie tylko nie ratuje jego realizacja, ale do ogólnego obrazu miernoty dodaje własne trzy grosze.

Jeśli więc nie nie lubicie marnować swego cennego czasu - trzymajcie się od tego filmu z daleka.

sobota, 4 kwietnia 2009

Zuma


Zwykle bywało tak, że to m. pytała mnie, skąd ma takie fajne (mini) gierki. Tym razem jednak role się odwróciły. Nie, żebym wcześniej o Zumie nie słyszał, ale dopiero obecność tej produkcji na twardym dysku m. sprawiła, że zapragnąłem osobistego zapoznania się z grą. I zaprawdę powiadam Wam - warto to uczynić!

Zuma jest grą zręcznościową, której występuje też pewien czynnik losowy. Trzeba o tym pamiętać, gdyż jak wiemy z doświadczenia, losowość może czasem wpłynąć na wzrost irytacji, która potrafi sięgnąć znacznie powyżej poziomu tolerowanego przez otoczenie. ;)

Tym niemniej przyjemność, jaką czerpie się z gry, oraz satysfakcja odczuwana z ukończenia kolejnych poziomów sprawia, że Zuma to bardzo dobry sposób na spędzenie kilku chwil przed monitorem. Polecam!


PS. Z racji tego, że nie tylko refleks, ale i spostrzegawczość ma tu istotne znaczenie, polecam grę w oknie. Na pełnym ekranie zbyt wielka powierzchnia jest do ogarnięcia, przez co traci się wiele cennego czasu na ocenę sytuacji.

piątek, 3 kwietnia 2009

Szwagier


Wiadomym jest, że jak się przebywa w obcym mieście i nie zna się drogi do celu swej podróży, to pyta się o nią tubylca. Tak się kiedyś trafiło, że 'informacją turystyczną' został mój były szef. Podeszło do niego dwóch mężczyzn, prosząc o wskazanie lokalizacji pewnej ulicy. Jako, że i dla szefa było to zagadką. Poprosił więc jednego z panów o więcej szczegółów, pytając:
- A co tam jest przy tej ulicy?
Często przecież właśnie taki punkt odniesienia jest bardziej znany, niż adres tego miejsca. Mężczyzna nie zastanawiając się wiele, odrzekł:
- Mój szwagier tam mieszka.
Zaiste pomocna to była wskazówka. ;)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Bananki



Wie ktoś może, po co jeść banana, który smakuje jak jabłko?
To nie lepiej prawdziwe jabłko sobie zjeść?
Ja tam wolę banana, który smakuje jak banan.
Nawet, jeśli jest to najgorszy gatunek.

środa, 1 kwietnia 2009

Przeprowadzka


Trafiła mi się przeprowadzka. Już druga w tym roku... Nie znaczy to jednak, że wracam do Chojnic. Po prostu idę tam, gdzie taniej... Poza tym, będę teraz mieszkał z kolegą z pracy. Co prawda tylko trzy miesiące, bo w czerwcu współlokator się wyprowadza, ale i tak się cieszę, że nie będę sam. Na starym miejscu można było solidnie w głowę dostać, gdy miało się wolne w pracy, a z m. nie było jak się spotkać. Dobrze jest mieć się do kogo odezwać...