10D
I pomyśleć, że dotychczas żyłem w błędnym(?) przekonaniu, że świat jest w 3D, a tu mi mówią 0 10D! Co o tym sądzicie?
PS. Dla mniej obeznanych z ingliszem istnieje wersja polisz txt. ;)
Autor:
Ramzel
2
x reakcje
Po dwóch dniach od czasu pojawienia się reklamy z prawej strony, znalazła się ta po lewej. Nie wiem, czy było to działanie celowe jakichś mądrych głów, czy też po prostu zwykły przypadek, ale efekt jest jak najbardziej pozytywny. Przynajmniej dla tych po lewej.
Mamy bowiem ofertę takiego samego produktu, przy jednoczesnym zobrazowaniu wyższości (jeśli chodzi o cenę - niższości) jednego sklepu nad drugim. Strategia to bardzo ciekawa i z pewnością skuteczna, gdyż potencjalny klient nie musi wierzyć na słowo (obraz), że warto w danym sklepie kupować. Ma to jasno i wyraźnie przekazane.
Ciekawe zatem, dlaczego jedna z firm ubezpieczeniowych bardzo niechętnie godzi się na to, by oferować swe usługi w multiagencjach? Czyżby autonomia była wyrazem prestiżu? Jeśli tak, to czy ów prestiż jest skuteczniejszy i efektywniejszy w prowadzeniu biznesu, niż klarowne udowodnienie, że ma się korzystniejszą ofertę od konkurencji? A może to zwykły strach przed obnażeniem swej nieatrakcyjności?
Marketing to równie ciekawa, co skomplikowana dziedzina. :)
Autor:
Ramzel
2
x reakcje

Chodniki często powstają w miejscach, które mało komu są po drodze. Przy jednym z marketów w Chojnicach również istniał taki twór, który zmuszał ludzi do przechodzenia pod dachem, tuż przy wejściu do sklepu. Dla klientów to było z pewnością dobre, natomiast dla tych, którzy chcieli tylko przejść obok było to szalenie niewygodne. Raz, że niepotrzebnie nadrabiało się drogi. Dwa, że często bywało tam po prostu tłoczno.
Spore grono osób wybierało więc opcję na skróty - przez trawnik, byle by tylko ominąć ten nieciekawy punkt pod daszkiem. Takich 'spryciarzy' było na tyle dużo, że po obu stronach chodnika pojawiły się odgałęzienia w postaci ścieżek na trawniku.
Próbowano z tym walczyć na różne sposoby. A to przez nawożenie gleby i zasianie trawy, a to wbijając stalowe pręty i łącząc je biało czerwoną taśmą (która szybko była przerywana). Aż w końcu postawiono, co tu kryć - badziewny płotek nabyty prawdopodobnie na jakimś złomowisku. Jednak żadna z tych sztuczek nie sprawiła, że ścieżki zniknęły. Efekt? Widoczny na zdjęciu. :D
Wiadomo, jak nie możesz pokonać wroga, to się do niego przyłącz. Pytanie tylko, po co tego 'wroga' w ogóle sobie wytworzono...?
Autor:
Ramzel
2
x reakcje

Tygodnik Wprost opublikował diagnozę: "Dlaczego gry komputerowe zdobywają świat". Ciekawość zawartych tam treści prowadziła mnie do miejsca w którym mógłbym się zapoznać z artykułem. Gdy tam dotarłem zorientowałem się, że również inny tygodnik opiniotwórczy ma w swej ofercie ciekawy raport - Polityka napisała o Internecie i internautach w Polsce.
Ponieważ czasu miałem tylko na jeden artykuł, musiałem poważnie się nad sobą zastanowić. Jestem bardziej graczem, czy internautą. Po krótkim, lecz wnikliwym namyśle stwierdziłem, że bliżej mi do tej drugiej opcji. I jak się okazuje, dobrze zrobiłem, gdyż dzięki temu dowiedziałem się, że:
Są trzy kategorie użytkowników Internetu.To miłe dowiedzieć się, że należy się do tych najbardziej wartościowych. ;) Tylko jaką to ma wartość, skoro tak niewiele trzeba zrobić, by się do grona elity zaliczać? Okazuje się jednak, że łatwość wcale nie musi być równoznaczne z powszechnością, o czym świadczą wyniki badań, podanych w tym samym artykule:
Obserwatorzy to osoby o najkrótszym stażu, które wykorzystują sieć do kontaktów z przyjaciółmi i rodziną.
Konsumenci traktują Internet jako źródło informacji i usług.
Twórcy to elita Internetu, publikują filmy i fotografie, piszą własne blogi.Polityka. nr 13/2009

Autor:
Ramzel
0
x reakcje
Autor:
Ramzel
0
x reakcje
89% graczy uważa, że najważniejsza jest grafika, jeśli należysz do tych 11% wklej to do podpisu.™Takie hasło bardzo często pojawia się w podpisach na forach internetowych związanych z grami komputerowymi. Pomijając kwestię nieszczęśliwego sformułowania tekstu (Co to znaczy 'należeć do TYCH 11%', skoro nie ma tam wcześniej mowy o jakichkolwiek jedenastu procentach?), gdybym nie miał awersji do tego typu akcji, z czystym sumieniem mógłbym sobie taki podpis umieścić.
Autor:
Ramzel
3
x reakcje

Plakaty bywają przydatne. Przekonał mnie o tym kiedyś mój znajomy, który wraz ze swoim współlokatorem zakupił w kinie kilka takowych w celu zaklejenia nimi ściany w akademickim pokoju, który zamieszkiwali. Dzięki temu wielki grzyb, który się tam znajdował nie straszył już odwiedzających.
Wartość estetyczna plakatu związana jest jednak nie tylko z treścią na nim się znajdującą. Wysoki stopień zużycia materiału może całkiem skutecznie przechylić szalę estetyki na drugą stronę. Nawet najmniejsze zagniecenie potrafi sprawić, że produkt tego typu ma już niewiele wspólnego z pierwszą jakością.
Z pewnością potraficie wyobrazić sobie arkusz papieru o wielkości A2. Złóżmy więc (w wyobraźni) tę kartkę czterokrotnie, czyli cztery razy na pół. Po rozłożeniu otrzymujemy coś, co zgnieceniami podzielone jest na szesnaście równych części. A co by się stało, gdybyśmy tak samo postąpili z plakatem? W efekcie plakat ów straciłby jakąkolwiek użyteczność, co wydaje się być oczywiste. Niestety, nie dla wszystkich.
Mimo mych usilnych starań, nie potrafię wyobrazić sobie, jak można umieścić plakat formatu A2 w opakowaniu wielkości standardowego pudełka na DVD. Mam tu oczywiście na myśli (bez)sensowność takiego postępowania, a nie problemy natury techniczno-manualnej.
Gdy przeczytałem na opakowaniu gry komputerowej Gears of War (wygrana w konkursie), że w środku znajduje się między innymi plakat, przetarłem oczy ze zdumienia. Nawet trzymając to coś w ręce nadal, nie mogłem uwierzyć. Toż to nawet po przeprasowaniu do niczego się nie nadaje. Ale jak dumnie brzmi - plakat.
Swego czasu do zestawów startowych jednej z sieci telefonii komórkowej dołączony był plakat upchnięty w pudełko wielkości paczki papierosów. Z pewnością zdobi on pokój każdego użytkownika tego operatora...
Czyżby granice absurdu przestały istnieć?
Autor:
Ramzel
2
x reakcje

Jedną z prostszych, a przy tym skutecznych form okazania wdzięczności jest podziękowanie. Nawet, jeśli powiedzenie 'dziękuję' wynika nie z wewnętrznej potrzeby, lecz z obowiązku lub ogólnie przyjętych zasad dobrego wychowania, zawsze miło to słowo usłyszeć.
Jest jednak pewna forma podziękowania, która wzbudza we mnie (delikatnie mówiąc/pisząc) mieszane uczucia. Otóż wiele osób upodobało sobie dodawanie przymiotników. Dziękuje się nam 'bardzo', 'serdecznie', 'gorąco', 'wielce', itd.
Pół biedy, gdy słyszy się takie epitety kierowane niby do nas, ale tak naprawdę rzucane w bliżej nieokreśloną przestrzeń, bo mówiący sądzi, iż z pewnością wiemy, że to my jesteśmy adresatami tych 'podziękowań'. Gdy jednak słyszę "Dziękuję uprzejmie!", to coś się we mnie gotuje... Choćby nie wiem, jak bardzo elegancko i naprawdę uprzejmie byłoby to powiedziane, to przecież mówiący jest ostatnią osobą, która ma prawo to oceniać!
Jeszcze nigdy nie zwróciłem nikomu uwagi z tego powodu, i raczej tego nie zrobię. Intencje są przecież jak najbardziej czyste. Smuci jednak fakt, że zatrważająco wiele osób nie zastanawia się nad tym, co tak naprawdę mówi... :(
Autor:
Ramzel
5
x reakcje

Człowiek widzi to, co chce widzieć. I nie tylko me własne doświadczenie potwierdza tę teorię, lecz również wiele publikacji naukowych. Jeśli ktoś uważa, że jest niewarty czyjegoś zainteresowania, to w swym otoczeniu nie tylko będzie idealnie wyłapywał te osoby, które rzeczywiście nie chcą mieć z nim nic do czynienia, ale również zostaną zupełnie zignorowane - 'niezauważone' objawy czyjejś sympatii i radości ze wspólnego spędzania czasu. I nie mają tu kompletnie żadnego znaczenia proporcje pomiędzy tymi sygnałami. To zawsze, w mniemaniu danej osoby, będą tylko te, których się spodziewa.
Najsmutniejsze jest to, że najczęściej w ogóle nie mamy o tym pojęcia, że taki mechanizm w nas działa. Dlaczego to takie smutne? Ano dlatego, że nawet, jeśli nasza jawna samoocena jest bardzo wysoka, ta utajona nie zwraca na tę świadomą uwagi. Na domiar złego, zwykle jest tak, że samoocena jawna i utajona nie są tożsame! Oznacza to, że podświadomie i na przekór naszej własnej, świadomej woli - działamy wbrew sobie. Smutne, prawda?
Na szczęście są sposoby na to, by przekonać własną podświadomość, że naprawdę jesteśmy czegoś warci. Jedną z możliwości jest... Gra komputerowa! Łączymy więc przyjemne z pożytecznym. :) Aplikacja ma za zadanie tak ukształtować skrypt relacji interpersonalnych użytkownika, by proces selektywnej uwagi, który (podświadomie) w nim zachodzi, nakierować na te pozytywne, a nie negatywne sygnały otoczenia. Natomiast rola gracza ogranicza się jedynie do jak najszybszego odnalezienie wśród kilkunastu prezentowanych twarzy tę, która się uśmiecha.
Zachęcam do grania w tę grę również w świecie rzeczywistym - wszędzie tam, gdzie akurat przebywacie. Wyłapujcie uśmiechnięte twarze i wszelkie inne sygnały życzliwości. Nawet te, które nie do Was bezpośrednio są kierowane. Gwarantuję, że się opłaci! Skąd ta gwarancja? Z osobistego doświadczenia!
Gdy pisałem notkę 'Radocha', w ogóle nie przypuszczałem, że opisuję w niej tak skomplikowany, ale jakże pożyteczny mechanizm. Ba, nie wiedziałem nawet, że coś co wykonuję od lat, a czego sam nie potrafiłem nawet nazwać, nie mówiąc już o wyjaśnianiu tego zjawiska, jest w istocie czymś, co w dużej mierze warunkuje to kim jestem. Efekt - współpracownicy, którzy wielokrotnie ze zdziwieniem zauważają: "On się ciągle śmieje". A ja się po prostu uśmiecham.
Ponieważ uśmiech ma tę właściwość, że jest zaraźliwy - myślę, że tym bardziej warto nad sobą pracować, bo nie tylko własne, ale i innych życie może stać się radośniejsze.
Autor:
Ramzel
3
x reakcje

Zrobiłem sobie test, którego wyniki każą twierdzić, że jestem ekstrawertykiem. Polecono mi w związku z tym, bym szukając odpowiedniej dla siebie pracy, skupił się przede wszystkim na takich zawodach, jak pilot wycieczek, handel, akwizycja oraz przemysł rozrywkowy. Zdecydowanie odradzano mi natomiast tylko jedną specjalność - programista komputerowy...
Czyżby więc okazało się, że me wieloletnie zamiłowanie do komputerów (i programowania właśnie) było niezgodne z moją naturą? Zatem ogromna satysfakcja, jaką od lat czerpię z mojego hobby jest anomalią, która nie powinna mieć miejsca. A nie mówiłem, że dziwny jestem? ;P
Tak naprawdę cała ta sprawa nie jest tak zabawna, jak się może wydawać. I nie chodzi tu wcale o to, że taka autodiagnoza to jednak bardziej zabawa. Otóż wygląda na to, że twórcy testu nie mają zielonego pojęcia o tym, jak wygląda w dzisiejszych czasach praca programistów. Posłużono się więc stereotypem osamotnionego kolesia w okularach ze szkłami niczym denka od słoików, który przez cały dzień nic nie robi, tylko gapi się w monitor i stuka palcami po klawiaturze. Jest to tym bardziej dziwne, że w całej publikacji w której znajduje się test, wielokrotnie wskazuje się na zgubny wpływ stereotypów...
Autor:
Ramzel
7
x reakcje

Zapewne nie ja jeden stałem przed 'problemem' dokonania wyboru modelu telefonu komórkowego. Naturalną czynnością jest wtedy nie tylko oglądanie komórki z zewnątrz, ale również sprawdzenie w użyciu, jak też zapoznanie się ze szczegółową specyfikacją techniczną danego modelu.
Wśród wielu informacji, jakie znajdują się w takim zestawieniu cech i funkcji, zawsze znajduje się wzmianka o tak zwanym 'maksymalnym czasie czuwania', wyrażonym w minutach. Ma to nam dać pogląd na to, jak długo telefon może obejść się bez podłączenia go do ładowarki, przy założeniu, że nie będziemy go używać, a zasięg sieci będzie zawsze bardzo wysoki.
Pragnę zwrócić uwagę na zastosowanie słowa 'maksymalny', gdyż nie przez przypadek zostało użyte. Samo stwierdzenie 'czas czuwania' mogłoby zostać uznane za deklarację, a nawet gwarancję, że telefon wytrzyma bez ładowania właśnie tyle, ile napisano. Natomiast zgrabne 'zmaksymalizowanie' tej wartości znaczy już coś zupełnie innego. Jest bowiem 'obietnicą' producenta/dystrybutora, który informuje, że może i dany model wytrzyma te podane 350 minut, ale możemy być pewni, że dłużej to już na pewno nie da rady...
Autor:
Ramzel
0
x reakcje

Dostałem nową pracę - webmaster, administrator oraz newsman pewnej strony internetowej. I choć ma dotychczasowa rola ogranicza się jedynie do ostatniej z wymienionych funkcji, nie stanowi to dla mnie problemu. Wręcz przeciwnie - za dużo się nie narobię, a swoje zarobię. Idealny układ, prawda? ;)
Kokosów co prawda z tego też nie będzie, ale w sam raz by opłacić Internet (za który przecież kokosami się nie płaci, a przynajmniej w naszym kraju) i jeszcze trochę zostanie. Co ciekawe, taki układ stwarza pewną zależność: pracuję, by mieć na Internet -> mam Internet, by wykonać pracę -> pracuję by mieć na Internet -> mam Internet... I tak w kółko.
No właśnie koło... Taki układ, niczym w sieci komputerowej o topologii pierścienia ma tę wadę, że strata (awaria) jednego z elementów jest równoznaczna z przerwaniem pracy całej sieci. To z kolei oznaczałoby tyle, że byłoby tak, jak chciałby Kononowicz - niczego by nie było...
Ale nie ma co być pesymistą. Trza cieszyć się z tego, co jest i robić wszystko, by tak pozostało. Bo dobrze jest. :)
Autor:
Ramzel
4
x reakcje
Ordnung muss sein. - Tak zwykł mawiać mój ojciec, gdy w mym pokoju zaczęło robić się niebezpiecznie podobnie do wnętrz domów uczestników programu 'Perfekcyjna pani domu' (Choć za tamtych czasów nikt o tym programie nawet nie słyszał). Na szczęście jeszcze im nigdy nie dorównałem w poziomie bałaganiarstwa. Mam jednak świadomość, że muszę się w tej kwestii bardzo pilnować, by ich przypadkiem nie wyprzedzić. Gdybym tylko potrafił wykazać się choćby w połowie taką sumiennością w utrzymaniu ładu i porządku w swoim środowisku, jaką cechuję się w kwestii 'czystości' na dysku twardym...
A może jest jakiś rzeczywisty, materialny odpowiednik programu CCleaner? Znam projekt o nazwie kodowej 'Sprzątaczka', ale ja potrzebuję czegoś na licencji freeware.
PS. Powyżej macie foto ilustrujące stan pokoju hotelowego w chwilę po opuszczeniu go przez personę pochopnie nazywaną przez wielu VIPem. Nazwiska tej osoby przezornie nie podam, gdyż nie mam pewności, czy nie byłoby to naruszeniem jakiegoś przepisu dotyczącego prywatności itp. Wybrałem też jedno z delikatniejszych ujęć. :P
Autor:
Ramzel
3
x reakcje

W sprzedaży jest nowe, urodzinowe (Wszystkiego najlepszego!) wydanie magazynu CD-Action. Z okazji trzynastej rocznicy powstania CDA, dołączono do pisma drugą płytę DVD. Nabywca otrzymuje więc dwa krążki z grami, programami, demami i różnymi innymi bonusami. Tymczasem na okładce pisma widnieje napis:
"Czasopismo i płyta stanowią integralną całość i nie mogą być sprzedawane oddzielnie."Ciekaw jestem, który z dołączonych nośników jest tym integralnym, a którego nieobecność nie stanowi podstaw do reklamacji. Sytuacja tym bardziej niezwykła, że na okładce i w samym czasopiśmie jako dodatki wymieniane są wszystkie pełne wersje gier, jakie znajdują się na oby dwóch płytach.
Autor:
Ramzel
0
x reakcje

Nominuję do 'Nagrody im. Absurdu Powszechnego' w kategorii 'Bezsens i paranoja' pytanie:
Śpisz?Niniejszym, proszę Szanowne Jury (znane też pod pseudonimem 'Czytelnicy') o podanie własnych propozycji, lub poparcie już istniejących nominacji.
Autor:
Ramzel
2
x reakcje

75676 589 94369, 93 36 7686296346 539952 669466346 77933678252 743 997689, 58673 3689242927 99783769259 89556 9 367643 74736635 776766853, 29 472 9 835 5937844 62 225672. 35229346 29 643 66942 367569643 825, 525 74793 743 9423666724 83578693 9 835336643? 2999 643 5378 86 43642569 766975?
Autor:
Ramzel
4
x reakcje

Kolejna pozycja z cyklu 'kombinuj i baw się dobrze'. :)
Przed Wami 33 plansze do pokonania.
A zatem - do dzieła!
Autor:
Ramzel
3
x reakcje

Odwiedziłem moje poprzednie miejsce zatrudnienia. Pracowało mi się tam bardzo dobrze, głównie dzięki bardzo miłej atmosferze, jaka panowała, toteż z przyjemnością udałem się na pogaduchy do byłego już szefostwa. Zdałem relację co u mnie, jak sobie radzę na swoim, jak w nowej pracy i inne tego typu historie.
Z kolei z drugiej strony dowiedziałem się, że szefowa musiała dużo się nasłuchać na mój temat. Od pewnego stałego bywalca porządnie się jej nawet oberwało (na szczęście tylko słownie) z mojego powodu. "Jak on tak mógł, nic mi nie powiedzieć, że odchodzi!? Byśmy chociaż na piwo poszli!"
W ogóle liczba oraz personalia osób, które o mnie pytały, mile wspominały, jak również żałowały, że już mnie tam nie ma, wprawiła mnie w osłupienie. Dziwi to tym bardziej, że nie robiłem nic, co miałoby sprawić, żeby ludzie mnie zapamiętali. Byłem po prostu zwykłym, szarym pracownikiem, który (z ochotą i przyjemnością) wykonywał tylko swoje obowiązki.
Choć nie uważam, bym jakoś szczególnie sobie na to zasłużył, miło i ciepło na sercu mi się zrobiło. :)
Autor:
Ramzel
1 x reakcje

Nie tak dawno temu widok osoby idącej chodnikiem i rozmawiającej przez (ogromnych rozmiarów) telefon komórkowy budził w postronnych rozmaite uczucia - od zdziwienia, poprzez zaciekawienie, zazdrość, aż po zawiść. Jednak im bardziej powszechna stawała się komórka, tym mniej negatywnych reakcji wywoływała.
Podobne zjawisko, lecz na znacznie mniejszą skalę można było zaobserwować w przypadku odtwarzaczy MP3. Co ciekawe, wszelkie przenośne odtwarzacze multimediów zdają się być powszechnie uznawane za zarezerwowane dla młodego pokolenia. Nie raz dane mi było zaobserwować zdziwienie na twarzach ludzi mijających osoby w średnim wieku ze słuchawkami na/w uszach.
Obecnie to laptopy stały się (nieuzasadnionym) 'przyciągaczem uwagi' osób postronnych. Coraz więcej ludzi decyduje się na pracę na laptopie w miejscu publicznym (pociągi, restauracje, itp.), przy czym kluczową rolę odgrywa tu słowo 'praca'. Niestety, nie dla wszystkich jest to oczywiste, czego efektem jest postrzeganie omawianego zjawiska jako lans. Sami tego z m. doświadczyliśmy, gdy w pewnym momencie osoba przechodząca obok przedziału w pociągu, w którym siedzieliśmy z włączonymi laptopami na kolanach, rzuciła cynicznie: "Wszędzie te komputery i komputery". A zaznaczyć należy, że człowiek ten nie widział co też na tych komputerach robimy, wobec czego nie mógł uczciwie stwierdzić czy się lansowaliśmy, czy też uczciwie i ciężko pracowaliśmy.
Osobiście uważam, że nawet, gdyby laptop miał być tylko sposobem na pozbycie się nudy, nie powinno to nikomu przeszkadzać*. Tak niestety nie jest. Coś ewidentnie się ludziom nie podoba w tym, że inni robią to co muszą, lub na co po prostu mają ochotę. Ale z wszelkimi 'nowinkami' tak to już chyba zawsze będzie, że dorosnąć do nich muszą nie tylko ci, co z nich korzystają.
*) Pod warunkiem oczywiście, że rzeczywiście nikomu się nie przeszkadza. Niewiele rzeczy potrafi bardziej zirytować, niż zmuszanie osób trzecich do wysłuchania "swojej ulubionej muzyki", odtwarzanej przez zewnętrzny głośnik komórki, z ustawieniem głośności na poziom max.
Autor:
Ramzel
0
x reakcje

Kolejny post dotyczący filmu 'Lawendowe wzgórze'. Tym razem będzie jednak pozytywnie. :)
Znajoma w czasie oglądania wyżej wymienionej produkcji zauważyła pewien fakt, co spotkało się z przytaknięciem pozostałych widzów. Otóż w jednej ze scen anglik zwraca się do naszego 'typowego polaka' (patrz poprzedni post) w swym ojczystym języku. Wie jednak, że osoba do której przemawia nie zna angielskiego. Co wobec tego robi?
Gestykuluje? Pokazuje palcami? Rysuje/maluje? Nie!
Krzyczy! Z odległości kilkunastu centymetrów krzyczy do 'polaka'! Bo przecież to oczywiste, że jak się mówi BARDZO GŁOŚNO, to bariera językowa przestaje mieć znaczenie! I wszystko staje się jasne!
Oczywiście wszyscy wiemy, że to bez sensu. A jednak mimo to, bardzo wiele osób tak właśnie postępuje, nie zdając sobie w danym momencie nawet sprawy ze śmieszności sytuacji. Brawa dla reżysera za uchwycenie tego zjawiska i bardzo dobre jego odwzorowanie.
Autor:
Ramzel
2
x reakcje

Fabuła filmu 'Lawendowe wzgórze' kręci się wokół młodzieńca, którego dwie starsze kobiety znalazły nieprzytomnego na plaży w pobliżu swego domu w Kornwalii (Wielka Brytania). Rozbitek okazuje się być polakiem. Trzeba przyznać, że gdyby podał tylko swe nazwisko - Marowski, to można by w to uwierzyć. W końcu gdzie, jak gdzie, ale w naszym kraju nazwisko zakończone na -wski to rzecz powszechna.
Niestety, Marowskiemu nadano także imię, które każe się zastanawiać, czy ktoś nie próbuje nas tu oszukać. Andrea bowiem to niezwykłe, jak na polskie warunki imię. W ogóle nie potrafię przypomnieć sobie jakiegokolwiek polskiego imienia męskiego z 'a' na końcu.
Może jednak się mylę i Andrea Marowski krzyczący dwukrotnie 'Przesta! Przesta!', miast 'Przestań! Przestań!', jest uosobieniem typowego przedstawiciela płci męskiej naszego narodu? Może, jeśli nie teraz, to w 1936 roku, kiedy to dzieje się akcja filmu, taki Andrea nie był żadnym ewenementem?
A tak poważnie, to wcale się nie dziwię komiczności tej sytuacji. W końcu granie w brytyjskiej produkcji, w której trzeba mówić nie tylko po angielsku, ale również po polsku, jak i po niemiecku, to nie taka prosta sprawa. Zwłaszcza, jeśli jest się Hiszpanem, jak Daniel Brühl, który gra Marowskiego.
Nie zmienia to jednak faktu, że można było się bardziej postarać...
Autor:
Ramzel
4
x reakcje

Przeglądnąłem losowo kilkanaście postów tu zamieszczonych. Liczba bzdur, niezamierzonych śmieszności, błędów i bezsensowności, jakie się tam znajdują przyprawiła mnie o ból głowy. Dobrze, że nie podpisuję się imieniem i nazwiskiem, bo aż wstyd by było ludziom się na oczy pokazać...
Najbardziej przeraża mnie i raduje jednocześnie (cóż za paradoks), że liczba czytelników powoli, aczkolwiek sukcesywnie wzrasta. Czyżby w ludziach tkwiła potrzeba niezbitego dowodu, że są na świecie osobnicy jeszcze bardziej pokręceni, niż oni sami? ;)
W każdym bądź razie, jakikolwiek by nie był powód codziennych odwiedzin setek ludzi - polecam się na przyszłość. :D
Autor:
Ramzel
11
x reakcje

Jak zmotywować się, by zrobić coś, co muszę, ale tego nie robię, nawet, jeśli wiem, że powinienem? Zapytam więcej - jak zrobić coś, co chcę zrobić, ale mi się nie chce tego robić?
Jak po prostu chcieć?
Autor:
Ramzel
2
x reakcje

Prasę czytam tylko tematyczną (komputery, gry). Telewizję oglądam sporadycznie, a jeśli już, to z powodu jakiegoś filmu, ewentualnie serialu (House i te sprawy). Radia natomiast, odkąd zmieniłem pracę, nie słucham wcale. Efekt - nie wiem, co się dzieje na świecie, a nawet w naszym kraju. Nie mam pojęcia kto z polityków, o co, ani z kim tym razem się kłóci. Nieświadomy jestem sytuacji politycznej, gospodarczej, czy jakiejkolwiek innej, jakiegokolwiek kraju na świecie. Nie wiem, co dobrego się stało, ale też nie jestem obarczony żadnymi katastrofami, czy innymi tragediami. Ogólnie rzecz biorąc - informacyjnie żyję poza światem.
Czy jednak nie sprawia to, że jestem społecznym kaleką?
Nawet jeśli, to nie czyni mnie to nieszczęśliwym. ;P
Autor:
Ramzel
7
x reakcje
Autor:
Ramzel
2
x reakcje

"Czuj się, jak u siebie". To zachęta, by gość poczuł się swobodnie w bądź co bądź - obcym miejscu. Sądziłem kiedyś, że to jeden z lepszych, odpowiedniejszych tekstów, jakie można skierować do osoby odwiedzającej nasz przybytek. Do momentu, aż pewien znajomy nie uświadomił mi, że jest wręcz na odwrót. Przecież nie idzie się w gościnę po to, by czuć się jak u siebie. Po to się idzie do kogoś, by czuć się jak u niego. Od tamtej pory preferuję stwierdzenie: "Rozgość się, proszę". ;)
Dobrze jest być gościem - mnóstwo praw i przywilejów, niewiele obowiązków. Z drugiej jednak strony, bycie u siebie daje pewien komfort, oraz swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Wiele rzeczy może zrobić gospodarz, których nie może uczynić osoba odwiedzająca. Gorzej, gdy ta 'przewaga' jest nieciekawie interpretowana, czego przykładem może być sytuacja w której autor (gospodarz) blogu, w reakcji na komentarz zawierający treści nieprzychylne dla niego, postanowił upomnieć autorkę wypowiedzi, słowami: "Pamiętaj, że jesteś tu tylko gościem". Nadmienię, że treść komentarza tej kobiety nie była w żaden sposób obraźliwa. Co więcej, reakcja autora blogu zdaje się świadczyć o prawdziwości zawartych tam informacji.
Pomimo wielu plusów, jakie daje nam bycie gościem, w naszej kulturze głęboko zakorzenione jest przeświadczenie, lepiej być gospodarzem. "Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej." "Cudze chwalicie, swego nie znacie." Zauważcie, że nawet powiedzeniu: "Gość w dom - Bóg w dom", wszelkie profity z gościa czerpie gospodarz. Choć to akurat zależy od interpretacji. ;)
Wydaje się więc, ze najlepszym rozwiązaniem jest połączenie obu tych 'stanów'. Czy jednak możliwym jest bycie gościem u siebie? Sam w to nie wierzyłem, póki tego nie przeżyłem, doświadczyłem. Każda moja podróż do domu rodzinnego jest wyjazdem do domu właśnie, czyli - do siebie. Tam z kolei jestem traktowany jak gość (że wspomnę choćby uroczyste, wspólne obiady w salonie), nie tracąc jednocześnie przywilejów gospodarza. ;)
Autor:
Ramzel
6
x reakcje

Weryfikacja obrazkowa to bardzo przydatna funkcja, jeśli ma się nagminnie do czynienia ze spamerami (znów o tym spamie). Sam miałem przez jakiś czas aktywną opcję weryfikacji, ale szybko ją wyłączyłem z uwagi na niepotrzebną uciążliwość dla komentujących Czytelników.
Powyższy obrazek jest pamiątką z wizyty na jednym z blogów, gdzie funkcja antyspamowa jest włączona. Co ciekawe, efekt, jaki mamy przyjemność zaobserwować jest o tyle niezwykły, że w serwisie blogger.com słowa weryfikujące nie są wyrazami, lecz zbitkami losowych liter.
Niby nic, ale gdyby ktoś nie wiedział czym w istocie jest ten kłopotliwy wyraz, z pewnością by się zastanowił, co on właściwie oznacza. Czy jest to tekst kierowany do komentującego? A może podpis autora blogu? Tak czy siak nieciekawie by to świadczyło o gospodarzu. ;)
PS. W obawie przed potraktowaniem powyższego wpisu, jako prowokacja, lub nie daj Boże atak, nie zdradzę u kogo mi się to przytrafiło...
Autor:
Ramzel
3
x reakcje

Bardzo prosty rebus, który nie wymęczy zbytnio Waszych szarych komórek, ale po prostu spodobał mi się pomysł wizualizacji tego, co przedstawia. ;)
Zapraszam do zabawy.
PS. Do stworzenia powyższej zagadki zainspirowała mnie osoba tu zaglądająca. Ciekawe, czy odgadnie jako pierwsza. :)
Autor:
Ramzel
14
x reakcje