
W restauracjach pewnej globalnej firmy gastronomicznej organizowany był konkurs SMSowy w którym do wygrania było 400 gier komputerowych. (Oczywiście nie wszystkie razem, tylko 400 nagród po jednej grze). Ponieważ grać bardzo lubię, postanowiłem wystawić swoje szczęście na próbę. A jako, że na koncie telefonicznym mam całkiem sporo środków (więcej, niż na koncie bankowym...), nie zastanawiałem się długo, tylko wysłałem SMS.
I wiecie co? Wygrałem!
Ale to nie wszystko, czym chciałem się z Wami podzielić. Niestety. :/
Już pomijam fakt, że hasło promocyjne informowało, że można wygrać grę za jedyne 1,22. Bo rzeczywiście tyle kosztował SMS. Jeden. Sęk w tym, że aby w pełni sfinalizować transakcję, tych SMSów musiało być przynajmniej trzy - zgłoszeniowy, z odpowiedzią na pytanie konkursowe, oraz z danymi adresowymi w przypadku wygranej. Jak łatwo policzyć, daje to sumę 3,66...
Na tym jednak nie koniec niespodzianek. Po wysłaniu wiadomości z adresem otrzymałem SMS zwrotny o treści: "Błędna treść lub wiadomość wysłana pod zły numer". Sprawdziłem więc szablon i wysłałem kolejny SMS. Odpowiedź była znów ta sama. Spróbowałem trzeci raz - bez zmian.
Pomyślałem więc, że sensowniej będzie zadzwonić do organizatora, by ten podyktował mi znak po znaku, jak ma wyglądać wiadomość z danymi adresowymi. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Skierowano mnie do firmy podległej, skąd skierowano mnie do kolejnej firmy podległej, a tam... Kazano mi zadzwonić do innej firmy. (Skąd wiedzieliście?)
Koszty przedsięwzięcia już dawno przestałem liczyć. Interesowało mnie już tylko to, by sprawę wreszcie zakończyć. Na szczęście przestano mnie już wysyłać dalej i obiecano zająć się moją sprawą. Niestety osoby odpowiedzialnej za dany konkurs akurat nie było, więc pani spisała mój numer i nazwisko, i zanim się rozłączyła zapewniła mnie, że niebawem oddzwonią z wyjaśnieniami.
Czasu na wysłanie swoich danych miałem 24 godziny. Godzinę przed upłynięciem terminu postanowiłem ponownie skontaktować się z tymi, którzy obiecali oddzwonić, czego nie uczynili. I znów zapewniano mnie, że sprawa zostanie wyjaśniona, jak tylko pan, który się tym zajmuje wróci z krótkiego zebrania. Zebranie to okazało się być nadzwyczaj długie, gdyż minęła kolejna dona, a ja nadal byłem bez odpowiedzi.
Czas na wysłanie danych już dawno minął, ale moje zdenerwowanie i zirytowanie dopiero zaczęło poważnie narastać. Zadzwoniłem więc jeszcze raz do odpowiedniej firmy, jednak nie po to, by prosić o pomoc, lecz by poinformować ich, co też o nich sobie myślę. (Szczerze pisząc, sam się sobie dziwiłem, że też potrafię tak nawytykać ludziom. Może brak fizycznego, wzrokowego kontaktu mnie tak ośmielił?) Co ciekawe, tym razem kobieta nie zasłaniała się 'ciągle nieobecnym panem, który się tym zajmuje', lecz zwaliła na... podległą firmę, która jest za to odpowiedzialna. Poprosiłem więc o numer telefonu do tej firmy, lecz zamiast tego otrzymałem zapewnienie (które to już?), że sprawdzi, czy da się jeszcze coś zrobić.
Dwie godziny później otrzymałem telefon z przeprosinami za zaistniałą sytuację, z prośbą o wybaczenie, oraz z informacją, że system komputerowy przyjął moje zgłoszenie z danymi. Pozostaje mi więc czekać na przesyłkę.
Szkoda tylko, że kolejny raz okazuje się, że próba polubownego rozwiązania problemu nie przynosi pożądanego rezultatu. Trzeba postąpić tak, jak się postępować nie powinno, by wszystko było tak, jak być powinno...