No problem

Najczęściej, gdy pojawia się jakiś problem, istnieje sposób, aby jemu przeciwdziałać, lub po prostu złagodzić jego skutki. Gdy okaże się na przykład, że pralka wypuściła wodę nie tą drogą do której nas przyzwyczaiła i której byśmy oczekiwali, powodując przez to zalanie sąsiada, to oczywistym jest, że załamywanie rąk na nic się zda. Tu trzeba działać, by zminimalizować straty własne i sąsiada.
Czasem jednak bywa tak, że obojętnie czego by się nie zrobiło, niezależnie od tego, jak by się człowiek starał, problemu nie da się pokonać. I co wtedy? Możliwości jest kilka. Możemy zacząć wyrywać sobie włosy (na przykład z głowy). Możemy krzyczeć: "O Boże! O Boże! Co teraz!?". Istnieje też opcja upartego podejmowania inicjatyw mających na celu rozwiązanie problemu. Jest to sensowne tylko wówczas, jeśli każda kolejna próba będzie różna od poprzedniej. Nie ma wielu rzeczy (czynności) głupszych niż wielokrotne powtarzanie tych samych zachowań, licząc na odmienny efekt, jeśli doświadczenie pokazało, że pięć tysięcy poprzednich prób było identycznych.
Co zatem należy robić? Nic! A przede wszystkim (zbytnio) się nie przejmować. Nie myślę tu oczywiście o udawaniu, że życie to beztroska sielanka. Daleki jestem również od propagowania 'działania' polegającego na świadomym wpływaniu na podświadomość, a wtedy podświadomość zmieni rzeczywistość. Przerażające to, ale rzeczywiście istnieją ludzie, którzy wierzą, że jeśli pomyślą że czegoś nie ma (jest), to tego nie będzie (będzie). Coś na zasadzie materializacji myśli... Ale wróćmy do tematu.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy "kłopotów", "problemów" i "kłód pod nogami" miałem tyle, ile wcześniej wszystkich razem wziętych chyba nie miałem. Mogłem nad nimi rozmyślać, przeżywać je, panikować z ich powodu. Ale co by to dało. Sensownego - nic.
Gdybym zaczął się nimi (za bardzo) przejmować, to widząc swą bezradność zacząłbym jeszcze bardziej się przejmować, co by we mnie wywołało jeszcze większą frustrację. I tak na okrągło, aż w końcu dany "problem" rozrósłby się do takiego poziomu, że wszelka ma myśl, uwaga i skupienie koncentrowałoby się właśnie na tym "problemie". I jak tu żyć, pracować, czy kochać(!) ze świadomością, że życie jest do kitu?
Obrałem więc strategię akceptacji. Zaakceptowałem to, że kłopoty są integralną częścią życia. Świat natomiast istnieje w harmonii i równowadze, co oznacza, że jeśli istnieje 'minus', to musi też być 'plus'. I okazuje się, że takie podejście jest szalenie owocne. Można wręcz odnieść wrażenie, że 'minusy' rozwiązują się same. Czasem nawet dosłownie, zwykle jednak rozwiązanie pojawia się samo, wymagając minimalnej tylko inicjatywy własnej.
A problemy?
Nie ma problemów.
Są wyzwania!


0 x reakcje:
Prześlij komentarz