wtorek, 14 kwietnia 2009

Candy



Candy

Kevin Brooks
"Rzeczywistość, którą przedstawia, na poły okrutna i bezwzględna, na poły piękna i pełna nieodpartego uroku, wciąga czytelnika swoją prawdziwością."
W taki oto sposób książkę 'Candy' autorstwa Kevina Brooksa reklamuje pewien internetowy sklep. Natomiast w tym miejscu znajduje się fragment omawianej powieści, który pozwala na weryfikację prawdziwości cytowanego zdania, jak również ocenę samego dzieła. Mimo, że jak się rzekło, to tylko fragment.

Oto, jakie rewelacje można wyczytać w książce:
"Po drugiej stronie był McDonald’s.
Świetnie, tam będę mógł kupić coś do zjedzenia, posiedzieć kilka minut…
Usiąść przy oknie.
Popatrzeć na ulicę.
Obserwować stację.
Dobry pomysł… Ale to nie będzie wyglądało, jakbym czekał na kogoś konkretnego, prawda? Nie będę chyba wyglądał jak gapowaty dzieciak z problemami hormonalnymi…

Nie, posiedzę po prostu, zjem hamburgera, spoglądając od niechcenia przez okno, zabijając czas…
Nie ma w tym przecież nic złego.

W środku panował tłok, większość stolików była już zajęta, a przy ladzie ciągnęły się kolejki klientów — dzieciaki, starsze pary, jacyś twardziele w kapturach i łańcuchach… stanąłem na końcu i zacząłem analizować zestawy na tablicy. Właściwie nie wiem po co, i tak ich nie rozumiem — McZestawy, powiększone McZestawy, promocyjne McZestawy, dwie sztuki czegoś za 99 pensów, średnie to plus średnie tamto… to dla mnie zbyt skomplikowane. I tak zawsze biorę to samo: cheeseburgera i czarną kawę.

(...)

Znaleźliśmy stolik przy oknie, sprzątnęliśmy śmieci i usiedliśmy. Ja zamówiłem to, co zwykle, a ona czekoladowego pączka i dużą colę z toną lodu. Patrzyłem, jak stawia kubek na blacie, pochyla się i łapie ustami słomkę.
— Może masz ochotę na coś jeszcze? — zapytałem.
Pokręciła głową, łakomie łykając napój z buzią dziecka skoncentrowanego na nowej zabawce. Odwinąłem hamburgera i zabrałem się do jedzenia. Nie czułem już głodu, ale musiałem czymś zająć ręce. Trudno ukryć nerwowe ruchy dłoni, gdy nie ma co z nimi robić. Żułem i przełykałem,
ocierałem usta z sosu, zerknąłem na zegarek…
— Jesteś z kimś umówiony? — zapytała.
— Niezupełnie — odparłem.
— Słucham?
Zakrztusiłem się kawałkiem sałaty, zdając sobie sprawę,
jak idiotycznie zabrzmiała moja odpowiedź."
I co my tu mamy?
Przede wszystkim w oczy rzuca się pewna nielogiczność lub po prostu niekonsekwencja. Najpierw narrator twierdzi, że zje sobie hamburgera, następnie oznajmia, że i tak zawsze bierze cheeseburgera, ale ostatecznie okazuje się, że kupił hamburgera. Wygląda to tak, jakby autor sam nie wiedział o czym pisze...

Zauważyć też można kilka małych liter w miejscach, gdzie powinny być wielkie. Ale to już nie do końca wina samego autora.

Co jednak z obiecaną "prawdziwością rzeczywistości"? Kluczowe w tej kwestii jest ostatnie z cytowanych zdań: "Zakrztusiłem się kawałkiem sałaty, zdając sobie sprawę, jak idiotycznie zabrzmiała moja odpowiedź." A od kiedy to w hamburgerach od McDonalda znajduje się sałata?
I tyle na temat prawdziwości.

Nie wiem jak Wam, ale mi już wystarczy Candy...

Choć z drugiej strony, biorąc pod uwagę moje zamiłowanie do wyłapywania takich 'smaczków', może jednak warto poznać ją bliżej? ;)

9 x reakcje:

Kobieta z lekką dłonią pisze...

Ech, może w polskich Mc są nieprawdziwe hamburgery ;-). Książka wydaje się być nudna, aczkolwiek mogę się mylić, gdyż nie przeczytałam proponowanego rozdziału.
Poznaj ją bliżej i zdradź jak jest naprawdę :-)

Ramzel pisze...

Z tego, co wiem, a wiem sporo na ten temat - mam znajomego, który jest kierownikiem jednej z takich restauracji, McD działa wg własnych, ściśle przestrzeganych standardów, które są wszędzie takie same. Ma to gwarantować, że dana kanapka zawsze i wszędzie smakować będzie tak samo. Najwidoczniej autor powieści takich znajomości nie miał. Ba, nawet nie pofatygował się, by sprawdzić, czy to o czym pisze nie jest bzdurą...

Kobieta z lekką dłonią pisze...

Hmm, a może to wina tłumacza?

hoko pisze...

Ja się nie znam - w życiu nie byłem w McD :)

A generalnie ksiązka jest chyba dla małolatów ;)

Ramzel pisze...

KZLD --> Szczerze wątpię. I dziwię się, że takie 'kfiatki' przeszły przez tłumaczenie i korektę. Jeśli w ogóle takowa była.

Hoko --> Książka zdecydowanie dla małolatów. Historie o pierwszej miłości, trudnościach dojrzewania i trudnych początkach dorosłości (tak, jakby później było łatwo...) z pewnością nikogo innego nie zainteresuje, jak właśnie małolatów.

No, może poza łowcami baboli. ;)
A jako, że mam możliwość otrzymania tej publikacji za darmo...

Choć trzeba uczciwie przyznać, że zamysł autora - ukazanie bezmiaru tragedii świata narkotyków, jest jak najbardziej godny pochwały. Szkoda tylko, że szczytny cel zdaje się nie zostać uzupełniony godną jego formą.

Anonimowy pisze...

Noo... Nie wiem, ale mnie tam zachęciłeś to rzucenia okiem na ten tytuł.

Ramzel pisze...

Tylko uważaj! Słyszałem, że od rzucania okiem można oślepnąć. Czasem oko nie chce wrócić na swe pierwotne miejsce. Ale zawsze można zaopatrzyć się w szklaną wersję narządu wzroku i rzucać do woli. ;P

Anonimowy pisze...

Zostań tłumaczem i korektorem, ew. napisz własną książkę.

Ramzel pisze...

To jest myśl!
1. Napiszę książkę po angielsku. (pisarz)
2. Przetłumaczę ją na język polski. (tłumacz)
3. Poprawię błędy z tłumaczenia. (korektor)
4. Wydam gotowy produkt. (wydawca)
I w ten oto genialny sposób otrzymam poczwórne wynagrodzenie.
Jeszcze tylko muszę to opatentować!

Prześlij komentarz