Zielone zakupy
Ekologia jest modna. Co i rusz można nabyć produkty przy zakupie których otrzyma się w prezencie torbę ekologiczną. W niektórych przypadkach opłacalność takiej inwestycji rzeczywiście ma sens, przynajmniej z ekonomicznego punktu widzenia. Trzeba się jedynie liczyć z koniecznością reklamowania sponsora torby. Mimo wszystko jednak, tak zwany 'green bag' nie jest produktem jakoś szalenie drogim, by musieć zakupywać go jako gratis do produktu, którego czasem nawet nie wykorzystamy, tylko wyrzucimy do śmieci, przyczyniając się w ten sposób (o ironio!) do zanieczyszczania środowiska.
Wielkie sieci handlowe również zasmakowały w ekologiczności. W większości supermarketów oferuje się nam siatki biodegradowalne, lub ich przeciwieństwo - wielorazowego użytku. Niby wszystko pięknie, szczytny cel i tak dalej... Problem w tym, że konieczność płacenia za zielone aspiracje sieci handlowych każe się zastanowić nad prawdziwym powodem umiłowania przyrody. Jest to przecież wspaniała możliwość redukcji kosztów, które wcześniej sklepy ponosiły same. A wbrew pozorom, taka siateczka jednorazowa, to w skali kraju naprawdę gruby pieniądz.
O ile u nas, jak do tej pory, na torebkach się kończy, o tyle we Francji jedna z sieci tamtejszych hipermarketów prowadzi kampanię uświadamiającą. Polega to na tym, że na paragonie kasowym obok spisu towarów i ich cen umieszcza się również sumę masy dwutlenku węgla, który w procesie produkcji, pakowania i transportu został puszczony do atmosfery. Ma to uwrażliwić klienta na aspekt ekologiczny zakupów.
Przyznam szczerze, że pomysł z informacją o CO2 wydał mi się w pierwszej chwili pewnego rodzaju antyreklamą własnego sklepu. Jak to tak - "Zobacz! Zakupami u nas przyczyniłeś się do zanieczyszczenia środowiska!". To ma mnie zachęcić? Ale gdy zacznie się analizować wyniki 'własnej' emisji dwutlenku, szybko się zorientujemy, że im bardziej regionalne i w większym opakowaniu produkty, tym mniejszą sumę CO2 uzyskamy. "Kup więcej - (zapłać więcej) bądź przyjazny środowisku!"
Wszędzie mamy więc tak naprawdę do czynienia z chłodną kalkulacją kosztów. Gdyby wielkie sieci handlowe _rzeczywiście_ chciały przyczynić się do opóźnienia śmierci naszej planety, to nie byłoby większego problemu ze znalezieniem odpowiedniego sposobu. Choćby kwestia paczek w które pakowane są chipsy. W ogromnej większości ich rozmiar mógłby być przynajmniej o połowę mniejszy. Mielibyśmy więc przynajmniej 50% mniej odpadów pochipsowych.
Ktoś może zaprotestować - ale co mają do tego supermarkety? Ano bardzo dużo! Ich siła w kreowaniu rynku jest tak duża, że wręcz niewyobrażalna. I to nie tylko w odniesieniu do małych, podrzędnych producentów. Również właściciel praw do najdroższego znaku firmowego na świecie i twórca obecnego wizerunku świętego Mikołaja - Coca-Cola musi uginać się przed mocą super- i hipermarketów. Pragniecie dowodu? Proszę bardzo!
Pamiętacie 'Lift'? Taki napój owocowy. Coś, jak nasz Tymbark, tylko gazowany. Smak Lifta wielu osobom przypadł do gustu, dlatego też dziwili się oni, że nigdzie nie mogą zakupić swojego ulubionego napoju. Zapytany o to przedstawiciel CC odpowiedział - "Markety nie chciały go sprzedawać, więc zaprzestano produkcji". Daje do myślenia, prawda?
Wróćmy więc do mojego pomysłu z paczkami na chipsy. Czyż nie wystarczy postawić sprawy jasno - "Zredukujcie produkcję ponadwymiarowych opakowań, bo zanieczyszczacie środowisko. Jeśli tego nie uczynicie, będziemy zmuszeni do wycofania waszych produktów z naszej sieci". Takie proste, a jakie znaczące dla naszej planety.
Niezależnie jednak od tego, jakie jest uwarunkowanie przyczynowe ekologiczności sieci handlowych (i nie tylko), wywołuje ona pozytywne reakcje wśród ludzi, którzy chcą chronić swoją planetę będąc prawdziwie ekologicznymi. A owocem tego niech będą owoce.

0 x reakcje:
Prześlij komentarz