poniedziałek, 31 grudnia 2007

Sylwester


Ile wpadek miał Kaczyński,
Ile dziewczyn miał Łyżwiński,
Ile Giertych miał idei,
Ile w Tusku jest nadziei,
Ile Lepper ma wyskoków -
Tyle szczęścia w nowym roku!

Wszystkim moim Czytelnikom życzę spełnienia wszystkich marzeń prócz jednego. To jedno niespełnione to po to, by zawsze mieć jakiś cel w życiu. :)

Wszystkiego dobrego!

niedziela, 30 grudnia 2007

Raport mniejszości

W świecie przyszłości nie ma zbrodni ani morderstw. Jest bezpiecznie i przewidywalnie. A to wszystko dzięki specjalnym oddziałom Prewencji, który chwyta i hibernuje przestępców jeszcze zanim ci dokonają czynu karalnego. Dowodów niedoszłych zbrodni dostarcza trójka niezwykłych jasnowidzów.

Film został nakręcony na podstawie opowiadania amerykańskiego pisarza Philipa K. Dicka. "Raport mniejszości" to nie tylko niezwykle intensywne kino akcji. To również bardzo ciekawy głos w dyskusji na temat człowieczeństwa, prywatności i przyszłości. Czy ludzkie decyzje i czyny można przewidzieć? Czy istnieje i jaki wpływ na nasze życie ma przeznaczenie? Można zmienić przeznaczenie? To tylko kilka z pytań nad którymi warto się zastanowić, a film może nam pomóc w odnalezieniu odpowiedzi.

Na mojej osobistej liście ulubionych filmów, ten zajmuje bardzo wysokie miejsce. Szczerze polecam!

sobota, 29 grudnia 2007

Postanowienie

Koniec roku i początek kolejnego to czas noworocznych postanowień. Wiele osób składa sobie całą masę postanowień, od zwykłego: "będę się częściej uśmiechał" do ambitnego: "ożenię się". Ja również sobie coś wybrałem:

'Postanowiłem, że nie będę podejmował żadnych postanowień.'

Skutek i tak będzie taki sam, niezależnie od treści postanowienia. Tak to już jest u ludzi ze słomianym zapałem...

piątek, 28 grudnia 2007

Bilet

- Poproszę jeden bilet ulgowy. - Grzecznie zwraca się mały chłopczyk do sprzedawcy.
- Na miasto? - Dopytuje się sprzedawca w celu ustalenia wartości biletu.
- Nie! Na autobus! - Odpowiada chłopiec.

czwartek, 27 grudnia 2007

Złota zasada



Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.
(Mt 7,12)


Czyli jak? Nie mam się posługiwać zdolnością do empatii, tylko działać na zasadzie: "Zobacz. Pomagam ci, bo chcę, abyś odwdzięczył mi się tym samym"? Podobne zagadnienie rozważaliśmy już przy okazji posta o empatii. W komentarzu Pak wspomniał o zasadzie "nie czyń drugiemu..." co jest tak naprawdę odwrotnym stwierdzeniem tego samego, co zawiera się w omawianym cytacie.

Również przy okazji notki o przyjemności omawiana była podobna kwestia. Stwierdziliśmy tam wspólnie z komentującymi, że rzeczywiście w bardzo wielu przypadkach człowiek robi dobre uczynki nie z potrzeby serca, a z oczekiwania osobistych profitów, spodziewając się czegoś w zamian. Nawet cytat z modlitwy św. Franciszka, który miał być dowodem tego, że nie zawsze tak jest, okazał się być potwierdzeniem tezy wręcz przeciwnej: "bo właśnie dając otrzymujemy, wybaczając zyskujemy odpuszczenie."

I jeszcze mały fragment z Najważniejszego przykazania:
"Będziesz miłował (...) bliźniego swego, jak siebie samego."

Jest tu jeszcze miejsce na empatię czy tolerancję?

środa, 26 grudnia 2007

Mail-bombing

BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM! BooM!

BoooooM!

wtorek, 25 grudnia 2007

Mors

-.-. --.. -.-- -- .--- . ... - .- .-.. ..-. .- -... . - -- --- .-. ... .- .-- .. . -.-. .... -.-- -... .- -.- .- --..-. -.. -.-- ...... .- .-.. . .. .-.. . --- ... ---. -... .-- .. . .-- .--- .- -.- .. ... .--. --- ... ---. -... .--. .-. --.. . -.- .- --.. .- -.-.. ... -.-- --. -. .- .-..- .--. .-. --- ...-... -... -.-- --- .--. --- -- --- ... .-.-.- -.-. --.. -.-- .-.. .. .--. --- .--. ..- .-.. .- .-. -. . .----. . ... --- . ... .----. ..--..

-- .- -- -. .- -.. --.. .. . .--- ..-.. .-.-.- --..-. . -. .. --. -.. -.-- -. .. -.- --- -- ..- -. .. . -... ..-.. -.. --.. .. . - --- -.. --- -. .. -.-. --.. . --. --- .--. --- - .-. --.. . -... -. . .-.-.- - -.-- -- -. .. . -- -. .. . .--- .-- .- .-. - --- .-- .. . -.. --.. .. . -.-.. ...... - .- -.- ... .- -- --- .-.-.- .--- .- -.- .-- -.-- .--. .- -.. .- .-- .. . -.. --.. .. . -.-.. .-.-.- .--- .- -.- .. . ... .-.- -. ..- -- . .-. -.-- - . .-.. . ..-. --- -. ---. .-- -.. --- .--. --- --. --- - --- .-- .. .- .-.-.- .--. --- .-.. .. -.-. .--- .. .. ... - .-. .- --..-. -.-- .--. --- --..-. .- .-. -. . .--- ......

... --- ...

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Boże Narodzenie

Niech magiczna noc Wigilijnego Wieczoru
Przyniesie Tobie spokój i radość.
Niech każda chwila Świąt Bożego Narodzenia
Żyje własnym pięknem,
A nowy rok obdaruje Ciebie
Pomyślnością i szczęściem.
Najpiękniejszych Świąt Bożego Narodzenia
Niech spełniają się wszystkie Twoje marzenia.


Jeśli ktoś chciałby podzielić się ze mną opłatkiem - zapraszam. :)

niedziela, 23 grudnia 2007

Ciebie prosimy

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą.
(Mt 7, 7-11)

Dla mnie sens powyższych słów wydaje się być oczywisty: 'Gdy prosimy Boga o rzeczy dobre, czyli takie, które nie sprawiają nikomu przykrości ani krzywdy, Bóg spełnia nasze prośby'. Jaki jest zatem powód i sens słów księdza, wypowiedzianych na zakończenie modlitwy powszechnej:
"Wysłuchaj Boże tych próśb, i jeśli zgodne są z Twoją wolą - przyjmij je."
Czy tylko ja widzę tu pewną sprzeczność? Mam wrażenie, że coś jest niepotrzebne. Albo modlitwa wiernych, bo i tak będzie wola Boża, albo tekst na zakończenie owej modlitwy, bo o cokolwiek (dobrego) poprosimy - otrzymamy.

sobota, 22 grudnia 2007

Czekolada

Austriacki psychiatra G. Parker i psycholog J.Crawford przeprowadzili badania na podstawie których stwierdzili, że połowa ofiar depresji cierpi na "głód czekoladowy". Udowodniono też, że jego zaspokojenie w większości przypadków prowadzi do poprawy samopoczucia.

Szczerze mówiąc, nie jest to odkrywcze, ale bardzo miłe i owszem. :) Czyżby właśnie czekolada uchroniła mnie od depresji? A co z tymi, którzy na przykład z okazji adwentu odmawiają sobie słodyczy? Grozi im depresja? Biorąc pod uwagę "głód czekoladowy" i jesienno-zimowe przygnębienie, jest to całkiem możliwe.

piątek, 21 grudnia 2007

Niedosyt

Wg mnie zdecydowanie lepszy jest niedosyt niż przesyt. Najczęściej, gdy powie się za dużo - pojawiają się kłopoty. Ale, gdy powie się za mało, to też może się okazać, że na prz

czwartek, 20 grudnia 2007

Tajemnica

Tajemnica intryguje. Im bardziej staramy się coś ukryć, tym większe zainteresowanie u osób postronnych wzbudza nasz sekret. Z czego to wynika? Ludzie obawiają się, że ktoś knuje coś przeciw nim, że się ich obmawia? A może to po prostu zwykła, ludzka ciekawość?
Interesujące, że gdy chcemy w jakimś zgromadzeniu zwrócić uwagę innych na to, co mówimy, to nie należy krzyczeć. Trzeba zacząć szeptać! Szept bowiem kojarzy się właśnie z tajemnicą, a tajemnica zwykle jest bardzo interesująca i przykuwa uwagę.

W sekrecie chodzi generalnie o to, by wiedziała o nim tylko pewna ograniczona liczba osób. Jest on niestety również bardzo dobrym gruntem dla plotki. Może się więc czasem okazać, że 'nikt nic nie wie', a tak naprawdę wszyscy wiedzą. Tyle, że w tajemnicy. :)

PS Jeśli udało Ci się przeczytać tę notkę, pisząc komentarz napisz swój nick od tyłu. ;)

środa, 19 grudnia 2007

Przesądy

Franek szedł spokojnym krokiem w stronę przystanku autobusowego. Wybierał się na egzamin, więc ubrał się w swój szczęśliwy garnitur. Był dokładnie ogolony i pachnący, tylko włosy, którymi już dawno fryzjer powinien się zająć były zbyt długie. Franek ich jednak nie ścinał w obawie przed utratą wiedzy.

Niespodziewanie drogę przebiegł mu czarny kot. Już chciał zawrócić, by inną trasą dojść na przystanek, lecz w ostatniej chwili zauważył w oddali kominiarza. Szybko więc chwycił za guzik i zaczął rozglądać się za otwartym oknem. Na szczęście w samym środku blokowiska nie jest to trudne zadanie. Ominął jeszcze rozłożoną przez jakiegoś robotnika drabinę i wszystko wróciło do normy.

Franek przybył na przystanek kilka minut za wcześnie. Miał więc czas, by sprawdzić, czy nie zapomniał zabrać z domu słonika, koniecznie z podniesioną trąbą. Był to jego amulet, który zawsze zabierał ze sobą, gdy musiał coś zdawać. Również teraz słonik mu towarzyszył. Gdy upewniał się, że ostatnia kartka w indeksie jest zagięta, nadjechał Franka autobus - linia numer 13.

W trakcie jazdy przypomniał sobie, ze poprzedniego dnia, zdmuchując świeczki na urodzinowym torcie życzył sobie by zdać sesję. Rodzina też mu obiecała, że będzie trzymać kciuki. Franek był już zatem przepełniony optymizmem. Nie mogło się nie udać.

Na miejscu zbierała się już całkiem pokaźna grupa znajomych Franka, który bardzo uważał, by z nikim nie przywitać się ‘na krzyż’, a tym bardziej 'przez próg'. Natomiast, gdy wszyscy przeszli do radosnego dzielenia się kopniakiem na szczęście, Franek nie miał już żadnych oporów.

Gdy jedna z koleżanek zaczęła panikować ze strachu mówiąc, że na pewno nie zda, druga szybko odpukała w niemalowane drewno i uspokoiła histeryczkę. Przypomniała jej, że przecież ma na sobie swoją szczęśliwą czerwoną bieliznę. Nie ma więc czego się bać. Najważniejsze, by nie siadała w rogu, jeśli nie chce zostać starą panną.

Franek, słysząc rozmowę koleżanek popukał się znacząco w czoło. Wiedział przecież, że wierzenie w przesądy przynosi pecha.

wtorek, 18 grudnia 2007

Testosteron

"Porozmawiajmy o kobietach" - taki mógłby nosić tytuł ten film. Cała akcja filmu dzieje się w lokalu w którym miało odbyć się huczne wesele. Niestety ślub nie doszedł do skutku. Na miejsce przybywa więc tylko garstka zainteresowanych. Wszyscy to przedstawiciele płci męskiej, a co niektórzy biorą udział w tym zgromadzeniu nie do końca z własnej woli.

Większa część filmu to niekończące się męskie dyskusje o kobietach, relacjach damsko męskich i wspomnienia przeżyć z płcią piękną. Prezentowany w filmie humor jest dość specyficzny, ale można się przy nim całkiem nieźle bawić. Nie, żeby to od razu jakieś arcydzieło było. Po prostu (prawie) typowa polska komedia, której obejrzenia można nie żałować. Ba, nawet całkiem miło się go wspomina.


poniedziałek, 17 grudnia 2007

Skradziony banknot

Sherlock Holmes zostawił przypadkowo stu funtowy banknot na swoim biurku, po chwili zorientował się i wrócił po niego, jednak banknot znikł. Gdy zapytał pokojówkę czy znalazła banknot odpowiedziała , że tak dla bezpieczeństwa schowała go do książki, spisała też strony, między które włożyła banknot i jej tytuł w razie gdyby zapomniała. Były to strony 35 i 36 Makbeta. Sherlock podszedł, otworzył książkę, ale banknotu tam nie było. Powiedział o tym pokojówce, która ze łzami w oczach usprawiedliwiała się iż majordomus podglądał ją , ukradł banknot i wiedział ze wszystko będzie na nią . Po tej rozmowie Holmes, już wiedział kto mu ukradł pieniądze.

Kto to był i skąd Sherlock Holmes o tym wiedział?

niedziela, 16 grudnia 2007

Mielone

Dawno, dawno temu, gdy Ziemia była jeszcze płaska i chodziły po niej dinozaury, byłem w wieku, który raczej niemile się wspomina. Co prawda nie byłem najmłodszy w rodzinie, ale za to najmłodszy, któremu można zlecić jakieś zadania. Nie słyszałem więc: "Nie rób tego", bo po prostu nie miałem czasu na swoje zajęcia - za bardzo byłem pochłonięty wykonywaniem poleceń innych. I wtedy to się stało.

Byliśmy z rodzinką na wsi w celu nabycia wieprzowiny. Na miejscu był już rzeźnik i odpowiednia świnka. Zostałem oczywiście oddelegowany do pomocy panu mięso i parówki robiącemu. Chodziłem więc od domu do chlewu, od chlewu do domu. I tak w kółko, nosząc za każdym razem różne rzeczy. W sumie nudna i dosyć męcząca robota. Zdarzyło się jednak coś niezwykłego.

Pan świniozabijacz wręczył mi miskę pełną jakiegoś mięsa, kazał zanieść do domu i przekazać, że to mielone. Tak też zrobiłem. Niestety w domu stwierdzono, że to nie jest mielone. Jeśli jednak jest, to z całą pewnością za mało przemielone. "To jest mielone? Zanieś to z powrotem i niech jeszcze raz to przemielą." Zaniosłem więc.

Pan rzeźnik uświadomiony, dlaczego wróciłem z towarem stwierdził, że przytoczony przeze mnie argument jest bez sensu. W końcu kto, jak kto, ale on to się raczej znał. Wziął jednak ode mnie tę miskę, położył na stole, zmienił trochę kształt zawartości. Mi zaś polecił zanieść to ponownie do domu za piętnaście minut.

Odczekałem ten kwadrans, zabrałem miskę i wyruszyłem w drogę. A w domu ta sama osoba, która wcześniej zakwestionowała mielonowatość mięsa stwierdziła: "No! Teraz to jest porządnie zmielone!" I uradowana zabrała ode mnie ten balast.

A ja stałem tam i patrzyłem się w przestrzeń, próbując zrozumieć, co się stało. Stałem i myślałem, analizowałem fakty i zjawiska, aż po kilku minutach zrozumiałem o co chodzi. Uświadomiłem sobie wtedy, że przez te piętnaście minut, gdy wpatrywałem się w miskę, czekając aż będę mógł ją ponownie zanieść, byłem świadkiem cudu. Najprawdziwszego cudu!

Bo czy da się inaczej wyjaśnić, jak to możliwe, że jedno i to samo mięso w ciągu kilkunastu minut przemianowało się z 'niedomielonego' na 'mielone'? I to bez niczyjej ingerencji!

sobota, 15 grudnia 2007

Na sąsiada

Masz problemy z sąsiadem? Wracasz do domu i chcesz odpocząć, a tu okazuje się, że sąsiad właśnie ma imprezę? Albo nieustający remont? Albo po prostu nie lubicie się z sąsiadem?

Oto sposób, jak się z nim rozprawić! Za niecałe 10 funtów możesz nabyć wielce przydatną płytę CD. Już sam jej tytuł wiele wyjaśnia: Neighbour Annoying CD. :) Znajduje się na niej 20 różnych "utworów". W dopieczeniu sąsiadowi pomoże nam między innymi dźwięk wiertarki, dziecięcy płacz, dzwoniący telefon i głośna impreza.

Ustawiamy w wieży volume na full i wychodzimy na spacer, pozostawiając ukochanemu sąsiadowi możliwość delektowania się wspaniałymi dźwiękami. ;)

PS Czego to ludzie nie wymyślą...

piątek, 14 grudnia 2007

Amillia


Amilia Sonia Taylor - najmłodszy uratowany wcześniak w historii medycyny. W dniu narodzin ważyła 284 gramy. Przyszła na świat po zaledwie 21 tygodniach i 6 dniach.

Na jakie jeszcze cuda pozwala dzisiejsza medycyna?

czwartek, 13 grudnia 2007

Samochód

Dlaczego samochód, a nie samojazd?
I dlaczego samo-, a nie silniko- lub kierowcojazd?

środa, 12 grudnia 2007

Tabula Rasa

wtorek, 11 grudnia 2007

Przyjemnie

Większość z nas lubi sprawiać innym przyjemność. Czy to przez małe podarunki, czy przez jakąś dobrą radę w potrzebie, czy też po prostu przez uśmiech. Zdarzają się też ludzie, którym sprawianie małych przyjemności nie wystarcza. Datki charytatywne lub sponsorowanie różnych imprez to okazje gdzie mogą 'się wyszaleć'. Bardzo często nazywa się ich filantropami. Ale tych ludzi stać na takie gesty. Prawdopodobnie 98% ludzi można by nazywać filantropami, gdyby posiadali odpowiednie środki.

Co jednak kieruje tymi ludźmi, że postanawiają podzielić się tym co mają z tymi, którym brakuje? Smutek? Żal? Współczucie? A może egoizm? Ta ostatnia propozycja wydaje się być co najmniej bez sensu. Ale czy na pewno?

Już święty Franciszek mawiał, że: "Im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz". Zatem ofiaruje się po to, by się zwróciło? I to z nawiązką? Wydaje się, że rola ofiarodawcy kończy się w momencie przekazania daru. Wtedy jego zadanie zostaje zrealizowane i już może się cieszyć ze spełnienia dobrego uczynku. I tak się też dzieje. Jak wykazał dr Jordan Grafman z National Institute of Neurological Disorders and Stroke, w mózgu osób, które stawiają dobro innych nad własne, aktywuje się coś, co zwie się układem nagrody. Udowodniono nawet, że robienie czegoś dla innych daje taką samą satysfakcję, jak seks.

Nie posunę się do stwierdzenia, że w takim razie filantropi to erotomani, bo byłoby to wielka nadinterpretacja. Mogę natomiast stwierdzić, że dobro czynimy nie tylko z uwagi na innych, ale także (przede wszystkim?) z uwagi na własną przyjemność i satysfakcję.

Patrząc na całą sprawę z dalszej perspektywy, z punktu widzenia wierzących (jakiejkolwiek wiary) - człowiek ma być dobry dla innych, by po śmierci móc dostać się do Raju. Czym więc kieruje się osoba aspirująca do bycia świętym? "Będę dla ciebie dobry, bo muszę. Chcę bowiem dostąpić Raju, bo tam z pewnością jest przyjemnie." Tak to jest?

Czyżby dobre uczynki wobec innych były (paradoksalnie) objawem egoizmu i chęci odczucia przyjemności?

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Mitologia




25 mitów zdrowia i medycyny.



  1. Ciało człowieka to biologiczny majstersztyk.
  2. Wyrostek robaczkowy jest bezużyteczny.
  3. Transfuzja krwi ratuje życie.
  4. Cesarskie cięcie jest bezpieczniejsze niż poród naturalny.
  5. Migdałki lepiej jest usunąć.
  6. Żywność organiczna jest zdrowsza niż nieorganiczna.
  7. Margaryna jest zdrowsza od masła.
  8. Azotany są rakotwórcze.
  9. Ryby są zatrute metalami ciężkimi.
  10. Nie ma skutecznej diety odchudzającej.
  11. O otyłości świadczy wskaźnik BMI.
  12. Napoje nie są tuczące.
  13. Głodówki oczyszczają organizm.
  14. Optymizm może pokonać raka.
  15. Wzrasta skuteczność leczenia raka.
  16. Warzywa i owoce chronią przed rakiem.
  17. Grypa przestała być groźna.
  18. Katar trwa zawsze siedem dni.
  19. Gorączka pomaga zwalczyć infekcję.
  20. Zimą należy jeść dużo i tłusto.
  21. Świat przegrywa walkę z AIDS.
  22. Sepsa to nowa dżuma.
  23. Szczepionki są niebezpieczne.
  24. Starsze osoby gorzej śpią.
  25. Kobiety wolą macho.

[Źródło: Wprost 49/2007]

niedziela, 9 grudnia 2007

Smuggler


Smuggler - dla czytelników magazynu CD-ACTION - Człowiek Legenda. I nie będzie to zbyt wielkie nadużycie, jeśli stwierdzę, że to właśnie on jest jednym z głównych twórców sukcesu tego czasopisma. A to wszystko dzięki specyficznemu, ciągle oryginalnemu, bezpośredniemu podejściu do czytelnika.

Smuggler prowadzi w CDA dział Action Redaction. Jest to dział kontaktu z czytelnikami. Swoją oryginalność zawdzięcza nieudawanej szczerości. Jeśli ktoś napisze jakieś bzdurne rzeczy twierdząc, ze to jedyna słuszna racja (na przykład, że piractwo jest OK), to Smuggler potrafi tak dobitnie wyjaśnić danemu delikwentowi, że jest w błędzie, że co wrażliwsi mogliby w depresję wpaść. Doszło nawet do tego, że osobnicy o skłonnościach masochistycznych pisali do Redakcji listy z prośbą o zbluzganie przez Smugglera.

Podobno jest to oznaka braku szacunku do czytelnika. Ja natomiast uważam, że jest wręcz odwrotnie. Bo tylko tej osobie, na której nam zależy, można powiedzieć prosto w oczy nawet najbardziej brutalną prawdę. Co prawda można się spierać o sposób przekazania tej prawdy, ale podejmując z kimś rozmowę, trzeba być przygotowanym na wszystko. Nie każdy przecie będzie nas ugłaskiwał w czasie konwersacji.

Przez ponad 11 lat istnienia tego czasopisma, (Smuggler działał w nim prawie od początku), osobnik o którym mowa był nieuchwytny dla szarego czytelnika. Prawdziwe dane personalne były chyba najpilniej strzeżoną tajemnicą Redakcji. Czytelnicy prześcigali się w rozwiązywaniu tej zagadki. Również ja, kilka lat temu, podjąłem się tego zadania. Stwierdziłem wtedy na forum magazynu: "Abra Cadabra, Smuggler to Mac Abra". Dla wyjaśnienia - Mac Abra to nick jednego z redaktorów CDA. Smuggler odpowiedział wtedy na to tak: "A Ramzel to kapsel". I na tym sprawa się skończyła.

Przejdźmy jednak do meritum. W numerze 12/2007 CD-ACTION, w dziale AR jegomość podpisujący się jako Gregg Veka napisał między innymi:

"Myślę, że gdyby zatrudnić specjalistę od języka i badania tekstu (...) i gdyby dać mu kilka-kilkanaście miesięczników, po dokładnej analizie tekstów wykazałby, kto jest Smugglerem albo kto nim nie jest na pewno lub mógłby nim być. Metodą eliminacji doszlibyśmy, kto w redakcji."
Smuggler dał na to taką odpowiedź:
"Tak między nami wystarczy wziąć stare roczniki CDA i pogłówkować chwilkę i wszystko byłoby jasne. Na szczęście jesteście lenie, więc mogę się nadal czaić w mroku anonimowości."
I choć sam wiem, jak ważny może być dla kogoś status incognito, to wypowiedź Smugglera jest swego rodzaje wyzwaniem. To rzucenie rękawicy, a ja tę rękawicę podejmuję! Koniec z "czajeniem się w mroku anonimowości"! Za moment zabłyśnie oślepiające światło i mrok zniknie!

Śledztwo należało zacząć od zgromadzenia wszelkich informacji o Poszukiwanym, które mogą pomóc w zidentyfikowaniu delikwenta. Wiadomo na pewno, że Smuggler jest pasjonatem fotografii. Od jakiegoś czasu można nawet znaleźć Jego twórczość na płytach dołączonych do CDA.


Z licznych wypowiedzi na łamach czasopisma wiadomo też, że jest wielkim miłośnikiem Garfielda. Potwierdzenie tej informacji znajdujemy w numerze 4/2004, strona 120. Czytamy tam między innymi:
"Garfielda uważa za swe alter ego. Jego żona podziela tę opinię. (...) W redakcji niemal od samego początku."
Skoro żona tak uważa, to znaczy, że informację tę można uznać za pewną.

Tropimy dalej. Numer 4/2003, strona 109. Widzimy tam między innymi fotografię przedstawiającą ścianę przyozdobioną czterema obrazkami. Dwa z Garfieldem, dwa z czołgiem. Pod zdjęciem podpis:
"Garfield ma w redakcji co najmniej kilku fanów, ale tylko jeden jest na tyle gorliwy, aby ozdabiać ścianę, pulpit Windows i samo biurko jego podobizną i gadżetami. Do tego jeszcze te czołgi..."
Tym gorliwcem z pewnością jest Smuggler, który stwierdził kiedyś, że posiada kapcie Garfieldowe, ale ich nie nosi, bo szkoda, żeby się zniszczyły.

Trzeba więc znaleźć redaktora 'zakochanego' w czołgach. Dla stałego czytelnika zadanie to nie stanowi kompletnie żadnego problemu. Po dowody trzeba się wrócić do wspomnianego już numeru 04/2004, ponownie na stronę 120. A jest tam tak napisane:
"Maniak na tle SteelPanthers. (...) Nie pogardzi też symulatorem lotu drugowojennych myśliwców czy czołgów. (...) Najstarszy (w etatowej) ekipie CDA."
I w zasadzie to już powinno wystarczyć. Ale nie mi, nieugiętemu tropicielowi! ;) Kolejną sprawą do omówienia jest logo działu prowadzonego przez Smugglera - AR. Mieści się w nim krzycząca twarz zdenerwowanego (delikatnie mówiąc) mężczyzny. W obecnej formie loga jest ona prawie całkowicie niewidoczna. Wystarczy jednak zerknąć do numeru 13/2002 (to nie pomyłka!), gdzie oblicze to jest znacznie większe i wyraźniejsze. Pozornie nic nam to nie daje, gdyż jest ono pomalowane na niebiesko. Jeśli jednak przyjrzymy się mu dokładnie, to z łatwością zauważymy, że twarz ta jest dokładnie taka sama, jak jedna z twarzy z numeru 12/1998, gdzie we wstępniaku ukazane są wszystkie facjaty pracowników CD-ACTION. Mając z kolei to wyraźne już zdjęcie możemy porównać je z fotografią z numeru 4/2007. [Foto na początku tekstu.] I co się okazuje? Ano ni mniej, ni więcej jak to, że twarz ta należy do Mac Abry! Jedyna różnica jest taka, że w aktualnej wersji delikwent nie ma włosów na głowie!

Jeszcze mało? Proszę bardzo! Te dwie fotografie przedstawiają tego samego osobnika, który w serwisie nasza-klasa.pl zarejestrowany jest jako Jerzy Poprawa!


Reasumując: Jerzy Poprawa to w CDA Mac Abra, o czym wiedzą wszyscy czytelnicy. Mac Abra z kolei to Smuggler, co zostało wyżej udowodnione! Nie pozostaje mi więc nic innego, jak powtórzyć magiczne zaklęcie, które już raz wypowiedziałem, a które zostało zlekceważone. Prawdopodobnie z racji nie poparcia go dowodami. Teraz to mi raczej nie grozi. :)
Abra cadabra!
Smuggler to Mac Abra!
Panie Smuggler, nastała jasność!

sobota, 8 grudnia 2007

Apocalypto

Kolejny, po Pasji film Mela Gibsona. I tak, jak w poprzednim filmie, tak i tutaj nie pada żadne angielskie słowo. Aktorzy mówią bowiem w zapomnianym języku Majów. Tłem historii opowiedzianej w filmie jest schyłek tajemniczej cywilizacji Majów.

Obraz jest szalenie brutalny, a realistycznie ukazane makabryczne sceny walk mogą wrażliwe na tym punkcie osoby przyprawić o mdłości. Spotkałem się nawet z opinią, że można się dużo o anatomii człowieka dowiedzieć. ;) Przy czym zaznaczyć trzeba, że brutalność tu ukazana nie jest tylko po to by była. Krwawe ofiary z ludzi dla bogów były przecież codziennością w tamtej cywilizacji.

Głównym wątkiem jest tu rodzina, jak w większości filmów Gibsona. Główny bohater - Łapa Jaguara a.k.a Prawie, robi wszystko, by uratować syna i brzemienną żonę. Sam bohater przechodzi wewnętrzną metamorfozę. Z niedoświadczonego w boju staje się niebezpiecznym łowcą. I co ważne, wykorzystuje to tylko w celach obronnych.

Przyczepię się tylko do jednej rzeczy - pluszowy jaguar, którego wszyscy się boją. Nie wiem, czy Gibsonowi zabrakło funduszy na pożądnych speców od efektów specjalnych, czy też uznał, że to, co ma jest zadowalające. Tym niemniej coś, co ma imitować niebezpieczne dzikie zwierzę wygląda jak przytulanka dla małych dzieci. Gdyby nie ten feler, który dość mocno zepsuł mi klimat filmu, uznałbym go za arcydzieło. A tak, jest to 'tylko' bardzo dobre kino akcji.

Polecam wszystkim, którzy mają mocne nerwy.

piątek, 7 grudnia 2007

Eksperyment

Ufacie stereotypom? Wierzycie w nie?

Zobaczcie do czego mogą one doprowadzić:



Jak dla mnie, uleganie stereotypom jest niewłaściwe i najczęściej krzywdzące.

czwartek, 6 grudnia 2007

Rower - Power

Rower - pojazd jednośladowy (w przypadku jazdy na wprost) o napędzie dwunożnym. Długo już nie miałem przyjemności obcowania z tym wspaniałym wynalazkiem. Co prawda w piwnicy stoją dwa moje rowery, ale żaden nie nadaje się do jazdy z powodu dziurawych opon. Poza tym, aura nie sprzyja obecnie jeżdżeniu rowerem. Zwłaszcza, gdy się błotników nie ma.

Zawsze można jednak powspominać. :)

Wspomnienie I.
"Szybciej"

Jako jeden z pierwszych byłem na osiedlu posiadaczem tzw. 'górala'. Ach, jaki to był szpan! ;) Oczywiście rozmiar jednośladu nijak nie chciał się dopasować do rozmiaru mojego. Najważniejsze jednak, że dosięgałem do pedałów. I to siedząc na siodełku! Nie zdziwiło mnie również, że już pierwszego dnia kilka razy 'zaliczyłem glebę'. Tylko roweru trochę szkoda było.

Czas mijał, ja rosłem i zdobywałem rowerowe doświadczenie. Pewnego dnia stałem się szczęśliwym posiadaczem licznika rowerowego. trzeba go było przetestować w warunkach bojowych, sprawdzając jednocześnie swoje prędkościowe możliwości. Do testu zaprosiłem kolegę. Rywalizacja zawsze działała na mnie motywująco, dzięki czemu uzyskiwałem lepsze wyniki.

Wybraliśmy odpowiedni odcinek drogi o lekko pochyłej nawierzchni. Krótka rozgrzewka, ustawienie się na pozycjach i start! Ruszyliśmy z pedału. Pędziliśmy łeb w łeb, rama w ramę, opona w oponę. Im jednak dłużej jechaliśmy, tym większą przewagę uzyskiwałem. Widocznie byłem trochę lepszy wytrzymałościowo.

Gdy na liczniku wyświetliło się coś takiego: 50 km/h, odwróciłem się, by poinformować o tym kolegę i sprawdzić przy okazji, jak daleko mu uciekłem. Oceniłem odległość nas dzielącą, by odpowiednio dobrać moc głosu i krzyknąłem: "Jedziemy pięćdziesi...". I wtedy to się stało.

Oglądając się za kolegą za bardzo się odwróciłem, przez co zmieniło się ułożenie trzymanej kierownicy. W efekcie najechałem na krawężnik. Pojazd mój się zatrzymał. W przeciwieństwie do mnie. Ja wykonałem bezwładnie coś, co piłkarze robią czasem po strzeleniu gola - prześlizgnąłem się ciałem po nawierzchni. Pechowo nie była to mokra murawa, a kostka brukowa.

Wieczorem, gdy przyznałem się do wszystkiego rodzicom, pojechaliśmy do szpitala odkazić ranę i pozbyć się z niej piasku. Bliznę w okolicy łokcia mam do dziś...

Wspomnienie II.
"Wyżej"

Gdy już prędkość została okiełznana, nadszedł czas na wysokość. Mój kolega, ten sam z którym rekord prędkości ustanawialiśmy, wpadł na genialny pomysł. Zauważył, że na obrzeżach pobliskiego parku jest bardzo stroma uliczka, która przecina ścieżkę i kończy się na bardzo niewielkim wzniesieniu. W przekroju wyglądało to mniej więcej, jak skocznia narciarska.

Problemy były dwa. Po pierwsze - trzeba było pilnować, by nie wjechać na niczego się nie spodziewających ludzi na ścieżce, którą nasza skocznia przecinała. Rozwiązanie było proste - osoba, która w danym momencie nie skakała zostawała na dole, by dać znak skoczkowi, gdy droga będzie wolna. Prawie jak trener machający chorągiewką. Drugi problem był nieco trudniejszy, ale co to dla nas, mistrzów dwóch kółek? Trzeba było trafić w szczelinę między krawężnikami... Odstęp między nimi był tak mały, że margines błędu był minimalny!

Jako pierwszy skakał znajomy. Poszło mu nieźle, ale uznałem, że mnie stać na coś więcej, niż wyskok kilka centymetrów nad ziemią. Ustawiłem się więc na belce startowej, poczekałem na sygnał od trenera i ruszyłem. Na rozbiegu przybrałem maksymalnie aerodynamiczną sylwetkę, pedałując jednocześnie ile sił w nogach. Pułapka krawężnikowa zbliżała się w zastraszającym tempie. Okazała się jednak błahostką. Dojechałem do progu i wyskoczyłem.

Wybiłem się tak wysoko, że gdybym się nie schylił, to zarobiłbym niezłego guza od bliskiego kontaktu z gałęzią drzewną. Uczucie szybowania było niesamowite, ale kiedyś trzeba było wylądować. I muszę przyznać, że chyba straciłbym wiarę w przeznaczenie, gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Okazało się, że na zeskoku, dokładnie w miejscu lądowania przedniego koła wystawał korzeń! Wszędzie naokoło była piękna, gładka ziemia, a korzeń wystawał dokładnie tam, gdzie planowałem powrót na powierzchnię.

Moja wiara została więc niezachwiana. Gorzej ze mną i z rowerem. Straciłem przednią lampkę odblaskową, kierownica ustawiła się wzdłuż ramy i koło się nieco zdeformowało. Co prawda tokarz by nie krzyknął z przerażenia na widok tego koła, ale znaku jakości to ono na pewno by nie dostało. Tym razem do szpitala nie musiałem się udawać, ale jeszcze przez długi czas pewna część ciała przypominała mi o tej przygodzie.

Wspomnienie III.
"Mocniej"

Po tych wszystkich przeżyciach rowerowych nieco przystopowałem, ale rower nadal wiernie mi służył. Wiadomym jednak jest, że swoje wycierpiał i nie był już taki sprawny, jak w dniu zakupu. Między innymi hamulce bardzo odczuły ciężar bycia moją własnością. Swoje zadanie nadal wykonywały znakomicie, ale za każdym razem głośnym piskiem oznajmiały, że je to boli.

Piski te były na tyle głośne i dokuczliwe dla innych (delikatne laleczki... :P), że co chwilę słyszałem od koleżanek i kolegów teksty w stylu: "Przestań piszczeć!". Wyjaśniałem grzecznie, że to nie ja, tyko hamulce, a przecież muszę hamować. Nic to jednak nie dało. Ktoś chyba nawet stwierdził: "To nie hamuj". W końcu nie wytrzymałem. Ile można tego słuchać!?

Rozpędziłem pojazd. Jechałem na tyle szybko, by oponenci wiedzieli, że to poważna sprawa, i na tyle wolno, by w razie czego w porę zahamować. Jechałem więc tak rozpędzony krzycząc: "Nie hamuję! Nie mogę hamować! Nie będę hamował!". I tak w kółko. Gdy udało mi się przyciągnąć na siebie uwagę wszystkich obecnych w pobliżu przystąpiłem do dalszej realizacji planu.

Chciałem podjechać rozpędzony jak najbliżej małego płotka, by trzymając widzów w napięciu, zahamować w ostatnim momencie. Podjeżdżam do płotka, czekam do ostatniej chwili i hamuję. Niestety hamulec chyba się obraził, bo odmówił współpracy! Jednak to, czego nie zrobiły hamulce wykonał płotek. Jechałem z taką prędkością, że przednie koło wcisnęło się między sztachety i tam się zaklinowało. Ja zaś ciągle siedziałem na siodełku, które wraz z całą ramą przekoziołkowało się na drugą stronę płotka. Gdy już opuściłem rowerowe miejsce siedzące, spadłem na trawę, a na mnie spadł rower, który właśnie się odklinował.

Tym razem ani mi, ani rowerowi nic się nie stało, ale 'wypadek' wyglądał na tyle poważnie, że już nikt nie odważył się powiedzieć mi, że nie mam hamować. :)

środa, 5 grudnia 2007

Potwornie

Idę sobie grzecznie deptakiem. Gdzieś w pobliżu biega sobie małe dziecko z przypilnowaniem którego mama nie może sobie dać rady. W pewnym momencie dziecko podbiega do mnie. Jest uśmiechnięte i wesołe. Widać, że psoty sprawiają mu wiele radości. :)

W błyskawicznym tempie podbiega mama dziecka. Już z daleka krzyczy i raczy je takimi oto słowami:
- Chodź szybko do mamusi, bo pan cię zabierze!

Może nie jestem osobnikiem obdarzonym wspaniałą urodą i urokiem osobistym, na pewno jednak nie jestem aż tak straszny, żeby mną dzieci straszyć. Mówię więc do tej kobiety:
- Proszę nie robić ze mnie potwora porywającego dzieci...

Kobieta nic nie odpowiada, ale na jej twarzy maluje się wielkie zdziwienie i oburzenie. Jakby chciała powiedzieć:
- O co ci chodzi, baranie?

A mi chodzi tylko o to, że ja naprawdę nie jestem potworem...

wtorek, 4 grudnia 2007

Bezsens


.usnes zeb śoc ibor keiwołzc eż ,kat awyb imasazC

.ogezcald ina ,oc op omodaiw eiN

.aj ikat dałkyzrp aN

,ogenni cin ibor ein yrótk ,margorp eibos mełasipaN

.retil hcynawysipw ćśonjelok acarwdo oklyt kaj

?ogezc oD ?ogezcalD ?oc oP

!omodaiw eiN

.enanokyw ołatsoz einadaz eż ,enżaW

(: .awarps anni żuj ot ,ołyb enlanab eż ,A


?ulec myzsżyw śmikaj w enoibor ćyb isum oktsyzsw kandej yzC


?usnes zeb eŻ

.ęis azdagZ

,snes łaim sneszeb ybydg elA

!usnes zeb ybołyb oreipod ot

poniedziałek, 3 grudnia 2007

Idea

Mam głowę pełną pomysłów. Kiedyś wymyśliłem nowatorski mechanizm tworzenia jednostek w grach strategicznych - tzw. RTS. Polegało to na tym, że zwykłe jednostki produkowało się tradycyjnie ze zbieranych surowców, za to lepsze oddziały tworzyło się z... tych zwykłych. Cały 'bajer' polegał bowiem na tym, że te zwykłe jednostki były nie tylko jednostkami bojowymi, ale także surowcem na oddziały specjalne. Kwestią do ustalenia było jeszcze, czy 'łączenie' będzie organiczne, czy mechaniczne.


Pomysł ten zachowałem oczywiście dla siebie, gdyż po prostu nie miałem z kim się nim podzielić. Kilka lat po wymyśleniu wspomnianego mechanizmu ukazała się gra, która go wykorzystuje... Serio! Jak widać, ktoś wpadł na taki sam pomysł, co ja. Do tego stwierdził, że jest na tyle ciekawy, że warto w to zainwestować. I tak powstał Chocap... Tfu. I tak powstała gra Perimeter.
Ciekawostka: z tego, co się orientuję to na tej zasadzie działają 'Power Rengers', o których nie wiedziałem w chwili wymyślania mechanizmu...

Co ciekawe, nie jest to jedyny przypadek, gdzie 'moje' pomysły zostały uznane za wartościowe. Kiedyś, pisząc list (jeszcze ten tradycyjny) do CD-Action zaproponowałem, by przy recenzjach gier mogli się dopisywać inni redaktorzy, na temat opisywanej gry. Coś na zasadzie minirecenzji. Inną propozycją było stworzenie działu z grami od których gracze powinni trzymać się z daleka. Takie ostrzeżenie, by się nie sparzyć. ;) I wiecie co? Choć wtedy nie dostałem żadnej odpowiedzi, obecnie oby dwa pomysły są od kilku lat realizowane!

Dlatego też teraz mam wielki dylemat. Mam bowiem kilka pomysłów na serwisy internetowe. Nie mam jednak wystarczających umiejętności, by je należycie zrealizować. Co więcej, nie mam nikogo, kto by mi w tym pomógł. Co więc powinienem zrobić? Jeżeli spróbuję stworzyć te serwisy w oparciu o to, co umiem obecnie, to nie będą one takie, jak sobie je wymyśliłem. Jeśli najpierw zdecyduję się doszkolić, to może to sporo czasu potrwać i w międzyczasie ktoś inny może wpaść na taki sam (lub podobny) pomysł i wcielić go w życie. Jeżeli natomiast wybiorę się z moimi ideami do tzw. profesjonalistów, mogą mi powiedzieć, że moje pomysły są bez sensu i odprawić mnie z kwitkiem. Nie tylko będzie to pogrzebanie części moich marzeń, ale może się też okazać, że jednak ich zainspiruję i stworzą takie serwisy. Tyle, że bez mojego udziału...

Już nie wiem co z tym zrobić, ani co o tym myśleć.

niedziela, 2 grudnia 2007

Głęboko

Znajomy mego brata i mój, jak to zwykle po LO bywa, wybierał się na studia. Aby to zrealizować należy w wybranej przez siebie placówce oświatowej złożyć odpowiednie dokumenta. Osoba o której piszę jest dość oryginalna, zatem podanie o przyjęcie na pierwszy rok studiów również powinno być oryginalne. I trzeba przyznać, że udało mu się nadspodziewanie dobrze! Choć tym razem raczej niezamierzenie...

W treść samego podania nie wnikam, bo po prostu go nie znam. Mam jednak informację o 'pozdrowieniu' poprzedzającym podpis. Zwykle stosuje się zwroty w stylu: "z poważaniem", "z serdecznymi pozdrowieniami", "z wyrazami szacunku" itp. U kolegi jednak tak oto było napisane:

Z głębokim poważaniem.
Nie muszę chyba dodawać, że znajomy musiał czekać rok, by ponownie móc złożyć papiery?

sobota, 1 grudnia 2007

Jungle Jail