Rower - pojazd jednośladowy (w przypadku jazdy na wprost) o napędzie dwunożnym. Długo już nie miałem przyjemności obcowania z tym wspaniałym wynalazkiem. Co prawda w piwnicy stoją dwa moje rowery, ale żaden nie nadaje się do jazdy z powodu dziurawych opon. Poza tym, aura nie sprzyja obecnie jeżdżeniu rowerem. Zwłaszcza, gdy się błotników nie ma.
Zawsze można jednak powspominać. :)
Wspomnienie I.
"Szybciej"
Jako jeden z pierwszych byłem na osiedlu posiadaczem tzw. 'górala'. Ach, jaki to był szpan! ;) Oczywiście rozmiar jednośladu nijak nie chciał się dopasować do rozmiaru mojego. Najważniejsze jednak, że dosięgałem do pedałów. I to siedząc na siodełku! Nie zdziwiło mnie również, że już pierwszego dnia kilka razy 'zaliczyłem glebę'. Tylko roweru trochę szkoda było.
Czas mijał, ja rosłem i zdobywałem rowerowe doświadczenie. Pewnego dnia stałem się szczęśliwym posiadaczem licznika rowerowego. trzeba go było przetestować w warunkach bojowych, sprawdzając jednocześnie swoje prędkościowe możliwości. Do testu zaprosiłem kolegę. Rywalizacja zawsze działała na mnie motywująco, dzięki czemu uzyskiwałem lepsze wyniki.
Wybraliśmy odpowiedni odcinek drogi o lekko pochyłej nawierzchni. Krótka rozgrzewka, ustawienie się na pozycjach i start! Ruszyliśmy z pedału. Pędziliśmy łeb w łeb, rama w ramę, opona w oponę. Im jednak dłużej jechaliśmy, tym większą przewagę uzyskiwałem. Widocznie byłem trochę lepszy wytrzymałościowo.
Gdy na liczniku wyświetliło się coś takiego:
50 km/h, odwróciłem się, by poinformować o tym kolegę i sprawdzić przy okazji, jak daleko mu uciekłem. Oceniłem odległość nas dzielącą, by odpowiednio dobrać moc głosu i krzyknąłem: "
Jedziemy pięćdziesi...". I wtedy to się stało.
Oglądając się za kolegą za bardzo się odwróciłem, przez co zmieniło się ułożenie trzymanej kierownicy. W efekcie najechałem na krawężnik. Pojazd mój się zatrzymał. W przeciwieństwie do mnie. Ja wykonałem bezwładnie coś, co piłkarze robią czasem po strzeleniu gola - prześlizgnąłem się ciałem po nawierzchni. Pechowo nie była to mokra murawa, a kostka brukowa.
Wieczorem, gdy przyznałem się do wszystkiego rodzicom, pojechaliśmy do szpitala odkazić ranę i pozbyć się z niej piasku. Bliznę w okolicy łokcia mam do dziś...
Wspomnienie II.
"Wyżej"
Gdy już prędkość została okiełznana, nadszedł czas na wysokość. Mój kolega, ten sam z którym rekord prędkości ustanawialiśmy, wpadł na genialny pomysł. Zauważył, że na obrzeżach pobliskiego parku jest bardzo stroma uliczka, która przecina ścieżkę i kończy się na bardzo niewielkim wzniesieniu. W przekroju wyglądało to mniej więcej, jak skocznia narciarska.
Problemy były dwa. Po pierwsze - trzeba było pilnować, by nie wjechać na niczego się nie spodziewających ludzi na ścieżce, którą nasza skocznia przecinała. Rozwiązanie było proste - osoba, która w danym momencie nie skakała zostawała na dole, by dać znak skoczkowi, gdy droga będzie wolna. Prawie jak trener machający chorągiewką. Drugi problem był nieco trudniejszy, ale co to dla nas, mistrzów dwóch kółek? Trzeba było trafić w szczelinę między krawężnikami... Odstęp między nimi był tak mały, że margines błędu był minimalny!
Jako pierwszy skakał znajomy. Poszło mu nieźle, ale uznałem, że mnie stać na coś więcej, niż wyskok kilka centymetrów nad ziemią. Ustawiłem się więc na belce startowej, poczekałem na sygnał od trenera i ruszyłem. Na rozbiegu przybrałem maksymalnie aerodynamiczną sylwetkę, pedałując jednocześnie ile sił w nogach. Pułapka krawężnikowa zbliżała się w zastraszającym tempie. Okazała się jednak błahostką. Dojechałem do progu i wyskoczyłem.
Wybiłem się tak wysoko, że gdybym się nie schylił, to zarobiłbym niezłego guza od bliskiego kontaktu z gałęzią drzewną. Uczucie szybowania było niesamowite, ale kiedyś trzeba było wylądować. I muszę przyznać, że chyba straciłbym wiarę w przeznaczenie, gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Okazało się, że na zeskoku, dokładnie w miejscu lądowania przedniego koła wystawał korzeń! Wszędzie naokoło była piękna, gładka ziemia, a korzeń wystawał dokładnie tam, gdzie planowałem powrót na powierzchnię.
Moja wiara została więc niezachwiana. Gorzej ze mną i z rowerem. Straciłem przednią lampkę odblaskową, kierownica ustawiła się wzdłuż ramy i koło się nieco zdeformowało. Co prawda tokarz by nie krzyknął z przerażenia na widok tego koła, ale znaku jakości to ono na pewno by nie dostało. Tym razem do szpitala nie musiałem się udawać, ale jeszcze przez długi czas pewna część ciała przypominała mi o tej przygodzie.
Wspomnienie III.
"Mocniej"
Po tych wszystkich przeżyciach rowerowych nieco przystopowałem, ale rower nadal wiernie mi służył. Wiadomym jednak jest, że swoje wycierpiał i nie był już taki sprawny, jak w dniu zakupu. Między innymi hamulce bardzo odczuły ciężar bycia moją własnością. Swoje zadanie nadal wykonywały znakomicie, ale za każdym razem głośnym piskiem oznajmiały, że je to boli.
Piski te były na tyle głośne i dokuczliwe dla innych (delikatne laleczki... :P), że co chwilę słyszałem od koleżanek i kolegów teksty w stylu: "
Przestań piszczeć!". Wyjaśniałem grzecznie, że to nie ja, tyko hamulce, a przecież muszę hamować. Nic to jednak nie dało. Ktoś chyba nawet stwierdził: "
To nie hamuj". W końcu nie wytrzymałem. Ile można tego słuchać!?
Rozpędziłem pojazd. Jechałem na tyle szybko, by oponenci wiedzieli, że to poważna sprawa, i na tyle wolno, by w razie czego w porę zahamować. Jechałem więc tak rozpędzony krzycząc: "
Nie hamuję! Nie mogę hamować! Nie będę hamował!". I tak w kółko. Gdy udało mi się przyciągnąć na siebie uwagę wszystkich obecnych w pobliżu przystąpiłem do dalszej realizacji planu.
Chciałem podjechać rozpędzony jak najbliżej małego płotka, by trzymając widzów w napięciu, zahamować w ostatnim momencie. Podjeżdżam do płotka, czekam do ostatniej chwili i hamuję. Niestety hamulec chyba się obraził, bo odmówił współpracy! Jednak to, czego nie zrobiły hamulce wykonał płotek. Jechałem z taką prędkością, że przednie koło wcisnęło się między sztachety i tam się zaklinowało. Ja zaś ciągle siedziałem na siodełku, które wraz z całą ramą przekoziołkowało się na drugą stronę płotka. Gdy już opuściłem rowerowe miejsce siedzące, spadłem na trawę, a na mnie spadł rower, który właśnie się
odklinował.
Tym razem ani mi, ani rowerowi nic się nie stało, ale 'wypadek' wyglądał na tyle poważnie, że już nikt nie odważył się powiedzieć mi, że nie mam hamować. :)