środa, 31 października 2007

Dla m.

Specjalnie dla m. z okazji urodzin:

Każdego roku o tej samej porze,
każdy Ci życzy tego, co może.
Ja korzystając ze sposobności
życzę Ci dużo szczęścia i radości.
To o czym marzysz - by się spełniło,
i to co kochasz - by Twoim było.

wtorek, 30 października 2007

Okradnij mnie

Na tablicy ogłoszeniowej w jednej z Chojnickich kamienic wisi karteczka z taką oto treścią:

"Zgubiono klucze. Znalazca proszony jest o zwrot. Kontakt - m. 6."
Kusiło mnie, żeby dopisać:
"Po 16.00, wcześniej nikogo nie ma."

-----------------------[Edit]-----------------------
Cytat z ogłoszenia pisałem z pamięci, stąd też pewne przekłamanie nastąpiło, sensu jednak nie straciło. Oto oryginał:I jeszcze jedna uwaga dla dociekliwych. Proszę nie kojarzyć zwrotu 'm.' na ogłoszeniu z Osobą 'm.' :)

poniedziałek, 29 października 2007

3 x Polska

Zająłem się analizą trzech map Polski. Mapą frekwencji wyborczej, wyników wyborczych i frekwencji wiernych na niedzielnych nabożeństwach. Wszystkie dane są bardzo świeże - 22 i 29 października 2007. Można zatem pokusić się o wyczytanie z nich aktualnego obrazu Polski.

Dla lepszej przejrzystości i łatwiejszego przeprowadzenia analizy zebrałem wszystkie dane w jednej tabelce. Tabela zawiera procentowe wartości frekwencji wyborczej, "kościelnej", oraz zwycięzcy wyborów we wszystkich miastach diecezjalnych naszego kraju.



Wnioski można wyciągnąć z tego przeróżne. Mój jest taki, że twierdzenie jakoby 'mohery' były najsilniejszym elektoratem PiSu jest co najmniej na wyrost. Nawet w trzech najbardziej katolickich miejscowościach (Przemyśl, Rzeszów, Tarnów) zdecydowanym zwycięzcą jest PO. Bardzo znaczący jest również wynik w ostatnim bastionie moheru - Toruniu. Nawet tam tylko 41% katolików chodzi na Msze, 61% mieszkańców poszło głosować, a PO dostało prawie połowę głosów. Gdyby jeszcze wziąć pod uwagę fakt, że na liczenie wiernych załapują się już osoby mające minimum 7 lat, a prawo wyborcze przysługuje 18-latkom, to różnica stałaby się jeszcze większa.

Czyżby księża nie potrafili przekonać wiernych, jak wielka ciąży na nich odpowiedzialność za kraj? Wygląda na to, że wbrew temu, co niektórzy próbują wmówić opinii publicznej, u ateistów jest większy patriotyzm i troska o kraj niż u katolików, którzy (rzekomo) miłują swoją ojczyznę ponad wszystko.

Jeszcze jeden wniosek można wyciągnąć z danych z tabeli - rośnie u nas w bardzo szybkim tempie ateizm. Przynajmniej ten statystyczny, bo do mentalnego mało kto się przyzna. A przecież tak zwany 'wierzący niepraktykujący' to tak naprawdę ateista z krwi i kości...

Ciekawe, czy ojciec Rydzyk nie zna wyników niedzielnego liczenia wiernych, skoro pozwala sobie na takie słowa:
PiS rozjechali przez media specjaliści. Teraz niekoniecznie trzeba mieć karabiny maszynowe, żeby kogoś zabić. My tego doświadczamy na co dzień, tych wszystkich oszczerstw, pomówień. To jest walka cywilizacji i to jest w całym świecie. Czy Polska tę próbę przetrwa? To zależy od naszej mocy. Polska jest szczególną areną walki. Szatan się uwziął na Polskę, bo to jest najsilniejszy kraj katolicki w świecie.
Jeżeli Polska z takimi 'wiernymi' jest najsilniejszym krajem katolickim, to aż się boję pomyśleć w jak fatalnej kondycji musi być cały Kościół Katolicki (jako instytucja). Jeżeli w najbliższym czasie polscy wierni nie otrzymają kolejnego charyzmatycznego przywódcy, a na to się nie zanosi, to Polska szybko spadnie z podium...

niedziela, 28 października 2007

Plac Zbawiciela

Wspaniały film, który trafia na mą listę ulubionych. Przy czym słowo 'wspaniały' nie odnosi się tu do sielankowej fabuły, tylko poziomu wykonania i treści, które przekazuje. Historia w nim opowiedziana jest na wskroś tragiczna i... realistyczna. Opisuje problemy życia codziennego, które nie skupiają się na tym, kto wyniesie śmieci, czy pomyje naczynia. Film opowiada o relacjach między młodymi małżonkami, między nimi i ich rodzinami i o niezrealizowanych marzeniach.

Dzieło to, bo dla mnie obraz ten jest 'Dziełem', w niezwykle przekonujący i przejmując sposób pokazuje, jak nasz świat jest pokręcony, zakłamany i skomplikowany. Przede wszystkim jest jednak trudny. Zarówno sam film, jak i życie, o którym opowiada.

Zanim jednak zachęcę do zapoznania się z nim, małe ale ważne ostrzeżenie.

Poziom i intensywność tragedii w nim pokazanych jest tak ogromny, że dla kogoś o niestabilnej psychice lub skłonnościach do depresji może być szalenie niebezpieczny!
Ja sam, tak wczułem się w tę opowieść, że gdzieś w okolicach jej połowy pomyślałem sobie: "Niech to się wreszcie skończy, bo nie wytrzymam"...

Prawdziwa Perła wśród filmów.
POLECAM!!!

sobota, 27 października 2007

Groholik

W nowym numerze Focusa (11/2007) ukazał się tekst zatytułowany: "Mamy nową chorobę". Czuję się w obowiązku go skomentować...

O tym, że gry potrafią uzależniać w równym stopniu, jak hazard i używki, wiadomo od dawna. Porównywano je do "elektronicznego LSD".
Porównywanie gier do narkotyków ma taki sam sens, jak porównanie jabłek do chipsów. Te pierwsze w zbyt dużych ilościach potrafią zaszkodzić, podczas gdy o czipsach od razu wiadomo, że są niezdrowe.
Jednak dopiero niedawno na konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego opisano uzależnienie od gier jako nową jednostkę chorobową.
Posunięcie jak najbardziej słuszne. Jednak w moim odczuciu tą sprawą powinni zająć się psychologowie i/lub psychiatrzy a nie medycy.
Zaczyna się zwykle niewinnie, ale dla zabawy szybko zaczyna się zaniedbywać obowiązki, zarywać noce. Zwłaszcza, ze "elektroniczny przyjaciel" jest zawsze gotów do gry, wygląd, wiek i płeć nie mają dla niego znaczenia.
A tu mamy dowód na potwierdzenie mego poprzedniego wniosku, że tu o psychikę, a nie o ciało chodzi.
Gry są zazwyczaj tak skonstruowane, żeby chciało się do nich wracać - trzeba wykonać kolejną misję, zabić następnych wrogów, zdobyć więcej punktów.
Trudno mi sobie wyobrazić gry (czy cokolwiek innego), których rolą byłoby odpychanie od siebie użytkowników. Nie wspominając już o fakcie, że istnieją również takie gry, w których nie chodzi o to, by wszystkich pozabijać. Są też takie (i to bardzo licznie reprezentowane), w których główną motywacją do działania jest chęć poznania wspaniałej historii opowiadanej przez twórców. Poza tym nie zapominajmy, że to ogromny biznes, który ma na siebie zarabiać. A nikt przecież nie będzie płacił za coś, co można bez rozpakowywania do kosza wyrzucić.
Żaden producent nie przyzna się, że jego celem jest uzależnienie graczy, ale nie zrobił tego też żaden producent alkoholu i papierosów.
Nie wymuszajmy na nikim kłamstwa! Celem producenta jest sprawienie, by konsument przy zakupie wybrał towar z jego logo. Ludzie nie uzależniają się przez reklamy, lecz przez własne (nie)świadome działanie.
Pamiętajmy również, że pomiędzy producentami gier, alkoholi i papierosów jest znacząca różnica. Twórcy gier wypuszczają na rynek produkt w którego produkcję byli zaangażowani przez kilkanaście miesięcy, w który włożyli ogrom pracy i serca. Nierzadko też producenci gier mają coś ciekawego lub ważnego do powiedzenia światu. Kończy się era "strzelania dla samego strzelania" w grach. Ważne jest też tło akcji. Natomiast producenci papierosów i alkoholu to wytwórcy taśmowi u których najwięcej napracują się marketingowcy a nie "twórcy".

PS Wszystko w nadmiarze szkodzi. Czy zatem możemy spodziewać się nowych chorób: księgoholik, tvholik, netoholik, itp.?

piątek, 26 października 2007

Strzelec

Ten, który strzela wpada w furię, bo trafił przeciwnika. Natomiast trafiony cieszy się jak dziecko.
Dlaczego?

czwartek, 25 października 2007

Retro

Jednym z zadań scenografów filmowych jest takie "przygotowanie terenu", by przekonać widza, że akcja filmu dzieje się w czasach o których opowiada. Zatem, na przykład w filmach kostiumowych widzimy piękne zamki, posiadłości i wspaniałe meble, tak zwane antyki.

Czasem jednak efekt jest dziwny, bo próbuje się nam wmówić, że willa warta (wg fabuły filmu) około 1 mln funtów, którą opiekuje się cała rzesza służących jest tak zaniedbana, że porastają ją jakieś grzyby. Podobnie wyposażenie wnętrza. Meble są wprawdzie piękne, ale poobijane i podrapane.

Nie wiem, może miałem po prostu pecha, że trafiałem na produkcje w których zatrudnieni byli tak słabi scenografowie. Tym niemniej efekt ich pracy jest "ciekawy". Otrzymujemy bowiem otoczenie "z epoki", ale jego stan dobitnie wskazuje, że jest ono od tej epoki znaczne starsze. Taki mały paradoks.

środa, 24 października 2007

I. Cud Tuska

Platforma Obywatelska z Donaldem Tuskiem na czele obiecywała CUDA. Dosłownie! Stało się to nawet hasłem ich kampanii i motywem przewodnim orędzia:



Jak obiecali, tak zrobili! Ze źródeł zbliżonych do oficjalnych dowiedziałem się, że Donald Tusk zabrał się już za "cud autostrad", który wg wyników ankiety z jednej z ogólnopolskich gazet codziennych, powinien zostać zrealizowany w pierwszej kolejności.

Mój informator donosi, że z powodu układu w branży budowniczej autostrady nie będą u nas budowane, lecz do nas importowane ze Stanów Zjednoczonych. Jakkolwiek wydawałoby się to absurdalne, jest prawdziwe! Oto niepodważalny dowód dostarczony przez mego agenta:

Co więcej, nie będzie nas to kosztowało ani złotówki! Prezydent Bush zgodził się po rozmowie interkontynentalnej z naszym przyszłym premierem, że prześle nam autostrady w ramach wyrównania kosztów, jakie ponieśliśmy na rzecz naprawy uszkodzonych F-16.

wtorek, 23 października 2007

Prawnikozabijacz

Jack Thompson, amerykański prawnik, który od kilku lat lubuje się w krytykowaniu brutalnych gier sprzedawanych nastolatkom. Pan prawnik bardzo boi się o swoje życie. A to wszystko przez... A jakże - gry!

W najnowszej części gry Grand Theft Auto opatrzonej numerkiem IV, główny bohater - Nico ma za zadanie zabić pewnego prawnika. A ostatnie słowa ofiary brzmią: "To nie broń zabija ludzi, tylko gry".

Thompson odczytał to, jako wezwanie do jego faktycznego zabicia uznając, że ten wirtualny prawnik to on. Jest przekonany, że postać wirtualna nie tylko w grze zginie... Jack domaga się od producenta gry wycofania z niej wszystkich elementów z nim związanych. Jeżeli to nie nastąpi, pozwie firmę do sądu.

Mam nadzieję, że pan Jack wykupił przed swoim oświadczeniem, jakąś dobrą polisę na życie. Jeśli nie, to po takiej deklaracji, jaką złożył może mieć problemy z ubezpieczeniem się.

Kto, jak kto, ale prawnik powinien najlepiej wiedzieć, że opinie typu "Bo ja w 'Manhunta' grałem", to nic innego, jak tylko wymówka mająca na celu złagodzenie kary. Ciekawe, cze ewentualny Prawnikozabijacz będzie tłumaczył się przed sądem: "Panie Sędzio! To nie moja wina! Ja po prostu w GTA IV grałem"...

poniedziałek, 22 października 2007

Fotyga Polonii

Ferdynand Rymarz, przewodniczący PKW:

"Jesteśmy zaniepokojeni tempem przesyłania wyników wyborów z zagranicy."
Anna Fotyga, minister spraw zagranicznych:
"Czuję się osobiście dotknięta, że służba zagraniczna jest w taki sposób atakowana, kiedy musi sprostać takim uwarunkowaniom."
Ramzel, prosty obywatel:
"Czuję się zażenowany, że powstało realne niebezpieczeństwo unieważnienia głosów tysięcy Polaków. Polaków, którzy w trosce o swój kraj wybierali się nierzadko w kilku(nasto) kilometrowe wędrówki i stali kilka(naście) minut, a nawet godziny w kolejkach dłuższych niż za komuny po papier toaletowy.

Jest mi wstyd, że o mały włos Polonia nie przekonałaby się, że niepotrzebnie się foty... (tfu) fatygowała do urn. W sytuacji, gdy wszyscy cieszą się z tak dużej frekwencji (jak na nasze możliwości), cały entuzjazm z mobilizacji Polaków i Polonii stałby się bezzasadny. A wyborców byłoby jeszcze trudniej niż do tej pory przekonać, że warto głosować.

Na szczęście skończyło się na strachu..."

niedziela, 21 października 2007

POlska POzytywna

Po precedensowym odwlekaniu przez PKW końca ciszy wyborczej, mamy szacunkowe wyniki wyborów! (Efekt powyżej)

Powiem tylko tyle: jak dla mnie - POzytywnie! :)
Tym niemniej: PO owocach ich POznacie.
Zobaczymy, co POkaże przyszłość...

Nie, żeby mnie radość, czy duma rozsadzała, ale cieszy mnie, że jest szansa na normalne rządzenie. Normalne w sensie - ludzkie. Bez szukania haka na każdego. Bez obrażania (prawie) wszystkich. Bez wyciągania brudów. Bez zawiści i nienawiści... Za to z wyrozumiałością i szacunkiem dla każdego.

Dużo do myślenia mogą dać zagraniczne komentarze i artykuły prasowe. Wszędzie (!) wynik naszych wyborów przyjęto z ulgą i nadzieją na lepsze stosunki dyplomatyczne. To mówi samo za siebie...

Dodam jeszcze, tak ku pamięci, wyniki ankiety:

Przypominam również, że można było oddać głos na więcej niż jedną partię, stąd różnica w liczbie głosujących i sumie głosów.

------------------------------------------------------

Znalezione w sieci:

Piosenka o Jarku Kaczyńskim

Wyborcy PO, wyborcy LiDu,
Nie będzie Kaczor robił nam wstydu,
Dzielnieśmy stali, dobrze wybralii.
Jarek Kaczyński padł.

Władzę oddadzą wkrótce pisiory
Pójdą w odstawkę, na boczne tory.
Waszą zasługą są te wybory!
Jarek Kaczyński padł.

Dość już gadania o „wykształciuchach”
I łgarstw Kurskiego nie chcemy słuchać.
Mogą nawijać w radiu Maryja.
Jarek Kaczyński padł.

Zafundujemy im kwarantannę,
Leczyć nie warto, widoki marne.
Wścieklizna trudna do wyleczenia
Jarek Kaczyński padł.

Może się uda już za 3 lata,
Usunąć w niebyt drugiego brata.
Podstawim taczki, wywieziem kaczki.
Jarek Kaczyński padł.

Pójdą na śmietnik wszystkie pisiory
Kurski, Gosiewski i wódz ich chory.
A za swym panem, Ziobro z Bielanem
Jarek Kaczyński padł.

“Jakub Szela”

sobota, 20 października 2007

Krytycy.pl

Krytycy.plReklamodawcy coraz częściej zauważają, że blogosfera to miejsce, w którym mogą bardzo skutecznie dotrzeć z przekazem do swoich klientów. Z drugiej strony blogerzy coraz jaśniej zdają sobie sprawę, że prowadzenie bloga zajmuje im nierzadko tyle czasu co regularna praca, na której jednak nie zarabiają. Mimo to próby spotkania się reklamodawców i blogosfery w Polsce były do tej pory niezręczne i pełne wzajemnej nieufności.

Pojawił się jednak serwis Krytycy.pl, który stawia sobie za cel połączenie interesów reklamodawców i blogerów na wzajemnie akceptowanych warunkach. Poprzez jasne zasady działania umożliwia obu stronom efektywne współdziałanie.

Jak działa serwis Krytycy.pl?


Reklamodawcy otrzymują możliwość dotarcia do swojej grupy docelowej z niezwykłą skutecznością jaką gwarantują blogi. Produkty i usługi reklamodawców opisują blogerzy, w swoim własnym stylu, na swoim blogu co gwarantuje świeżość i autentyczność przekazu. Śledząc przebieg kampanii w Krytycy.pl reklamodawca ma dostęp do informacji zwrotnych od czytelników blogów. Jednocześnie taki rodzaj kampanii daje pozytywne efekty SEO.


Blogerzy są chronieni w serwisie Krytycy.pl przed reklamodawcami, którzy łamaliby zasady etyczne blogosfery. Ochrona ta opiera się na przejrzystych warunkach kampanii i pełnej swobodzie decyzji. Bloger sam decyduje o jakich produktach czy usługach chce pisać. Bloger ma też pełną swobodę oceny tego, o czym pisze. W ramach serwisu Krytycy.pl autor artykułów może też ustalać swoje stawki. Jednocześnie bloger ma obowiązek informowania swoich Czytelników, że publikowany artykuł ma charakter komercyjny, co daje dodatkową gwarancję uczciwości. (U mnie informacją o tekście komercyjnym będzie obrazek widoczny na początku posta.)

Aby każdy mógł sam ocenić, czy to jest opłacalne dodam, że ten artykuł wart jest 22.75 zł...

piątek, 19 października 2007

IV RP: Reaktywacja

OSTATNIE OSTRZEŻENIE:



OBYWATELU!
ZOSTAŁEŚ OSTRZEŻONY!
TERAZ WSZYSTKO W TWOICH RĘKACH!

czwartek, 18 października 2007

Komercyjnie

Znalazłem w sieci serwis, który oferuje płacenie blogerowi za artykuł. Przy czym nie narzuca piszącemu ani o czym powinien pisać, ani jak. Bloger sam wybiera rzeczy, które chce zrecenzować. Serwis zapewnia pełną swobodę oraz dowolność, a co najważniejsze - subiektywizm! Czyli de facto może się okazać, że reklamodawca zapłaci za tekst nieprzychylny jego produktom...

Bloger może zatem "robić swoje" i jednocześnie mieć z tego pieniądze. Poza tym, Czytelnik jest informowany o tym, że dany post ma charakter komercyjny, poprzez odpowiedni tekst lub grafikę. Nie ma więc mowy o nieuczciwości, czy wprowadzaniu w błąd Czytelnika.

Zastanawiam się, moi Drodzy Czytelnicy, co myślicie o takiej formie zarabiania? Oraz (uprzedzając spekulacje): czy bardzo byłoby Wam nie w smak, gdyby od czasu do czasu pojawiła się tu notka z etykietą "teks komercyjny"?

środa, 17 października 2007

Loading...

Odwiedziłem dzisiaj m. Podróż w obie strony zajęła mi więcej czasu niż byłem z m. Ale nawet, gdybym miał tam jechać przez cały dzień, tylko po to, by w oddali ujrzeć przez sekundę sylwetkę m., to i tak bym to zrobił. Bo m. to moja Bateria, bez której ja nie funkcjonuję. A dzisiejsza wizyta, te niepełne 3 godziny, jakie razem spędziliśmy sprawiły, że na nowo nabrałem energii. Moja bateria została naładowana do poziomu max!

wtorek, 16 października 2007

TY!

Jedną z większych zalet internetu jest anonimowość, jaką oferuje. Dzięki czemu nikt nie ocenia internauty po tym, jak wygląda, kim jest, ale po tym, jakie prezentuje w swych wypowiedziach poglądy. Obojętnie jednak, jakie by one nie były, do każdego można zwracać się per Ty.

Jasne, że nie zawsze i nie wszędzie. Nikt przecież nie będzie zwracał się do ważnych i znanych osobistości na ty, na ich oficjalnych stronach internetowych, czy na chatach z nimi organizowanych. Niemniej jednak, wśród pospolitych internautów, a takich jest przecież najwięcej i z takimi najczęściej wchodzi się w interakcję, nie ma przymusu zwracania się na Pan/Pani.

Dzięki temu zostaje zniszczona jedna z powszechnych barier w realnym świecie. W efekcie każdy dialog staje się bardziej osobisty, przyjacielski. Tego problemu nie mają osoby na co dzień posługujące się językiem angielskim, bo tam do każdego można się zwracać You, ale i tak w realu towarzyszy nam obraz, czyli widok drugiej osoby. Ale w sieci nikt nie powie na mnie np. 'smarkacz', dopóki nie wypiszę gdzieś swych myśli, które by tezę 'smarkacza' usprawiedliwiały.

Ciekawi mnie czy Tobie nie przeszkadza, że ktoś, kto w rzeczywistości może być 'niegodnym' w rzeczywistym świecie mówić do Ciebie 'Ty', zwraca się do Ciebie w ten właśnie sposób?

poniedziałek, 15 października 2007

Czarno

Pewien człowiek wyszedł na ulicę ubrany na czarno, miał czarne spodnie, czarną bluzę, czarne rękawiczki, szalik i kominiarkę, czarne skarpety, buty z czarnymi sznurowadłami, nosił antyodblaskowe okulary przeciwsłoneczne. Na ulicy nie paliły się żadne latarnie, w okolicy nie paliły się żadne źródła światła, księżyca też nie było.
Po czarnej drodze jechał czarny samochód z wyłączonymi wszystkimi światłami. Jechał 100 km/h prosto w tego człowieka.
Jednak zatrzymał się 2 metry przed nim i poczekał, aż ta osoba przejdzie.

Skąd kierowca wiedział, że ma się zatrzymać?

niedziela, 14 października 2007

Winda do nieba

Trzeba mieć chyba nie po kolei w głowie, żeby życząc przyszłym nowożeńcom wszystkiego najlepszego, zadedykować im piosenkę zespołu "Dwa plus Jeden" - 'Windą do nieba'.


Czy to normalne, aby kochającym się ludziom dedykować piosenkę w której kobieta żali się jakiemuś facetowi (bynajmniej nie przyszłemu mężowi): "Ja go nie kocham, taka jest prawda. Pan główną rolę gra w każdym śnie. (...) I tak odchodzę bez pożegnania, jakby z nienacka. Ktoś między nami zatrzasnął drzwi."?

Jest to więc piosenka o niespełnionej i tragicznej miłości, nijak nie pasująca do klimatu radości kochających się ludzi, którzy mają zamiar się pobrać. Nie dziwota zatem, że zrobiłem wielkie oczy, gdy w radiu usłyszałem, jak ktoś prosił o ten właśnie utwór z dedykacją: "Dla X i Y, którzy niebawem staną na ślubnym kobiercu. Od przyjaciół."

Powody takiej dedykacji mogą być dwa. Albo nie wiedzą co czynią (nie znają dokładnie tekstu), wychodząc z założenia, że wystarczy, jeśli piosenka jest o ślubie i wszystko będzie cacy. Albo chcą dyskretnie przekazać pewną niewygodną informację przyszłemu mężowi...

Tak czy inaczej, należy współczuć panu młodemu. Narzeczonej lub przyjaciół. Ktoś z nich jest do (_!_)...

sobota, 13 października 2007

Praca

Kolejna z usłyszanych kiedyś (ale nie podsłuchanych) rozmów. Jeden z moich faworytów do tytułu "Najbardziej Bezsensowna Rozmowa w Dziejach Ziemi" (NBRwDZ).

- Byłeś szukać pracy?
- Wczoraj byłem.
- No i co z tego? Dzisiaj też jest środa!

Ma ktoś innych kandydatów do nagrody 'NBRwDZ'?

piątek, 12 października 2007

Członek

Fragment tekstu z CD-Action.
Nr 10/2007 (144)
Strona: 36.
Zapowiedz gry: HEI$T
Autor: CormaC

"Naprawdę musisz być panem sytuacji, ponieważ jedna wpadka może wywołać efekt domina i w rezultacie misterny plan legnie w gruzach, bo np. twój członek niepotrzebnie pobił strażnika."

Po przeprowadzeniu wizualizacji takiej sceny byłem troszkę zniesmaczony, ale i tak przez ładnych parę minut nie mogłem opanować śmiechu! :)

Dla wyjaśnienia dodam, że w tekście powinno być raczej "członek twojej drużyny" zamiast "twój członek"...

czwartek, 11 października 2007

Kompas wyborczy

Za 10 dni wybory, a wielu jeszcze nie wie na kogo będzie głosować. Jeśli w ogóle do urn się wybierze. Jednym z najczęściej pojawiających się argumentów, mających usprawiedliwić niezdecydowanie, jest stwierdzenie, że tak naprawdę nie wiadomo "co, kto i jak".

Politycy zamiast przedstawiać swój plan działania, jaki chcieliby realizować po ewentualnej wygranej w wyborach, skupiają się głównie na walce słownej na bluzgi. Mało jest merytorycznych dyskusji, mających na celu przedstawienie wyborcom "własnej wizji Polski".

W efekcie sporo osób nie wie na kogo ma oddać swój głos, bo nie wie, która partia jest mu najbliższa programowo. Dla takich osób przydatny może się okazać Kompas Wyborczy przygotowany przez Wirtualną Polskę.

Zadaniem internauty jest odpowiedzenie na 20 pytań dotyczących kluczowych spraw dla rozwoju i bezpieczeństwa kraju. Mamy tam pytania m.in. o lustrację, aborcję, wojnę w Iraku, tarczę antyrakietową, CBA, podatki, politykę zagraniczną, a nawet rolę Kościoła w polityce. Na wszystkie pytania odpowiada się 'tak', 'nie' albo 'nie mam zdania'. Na koniec skrypt porównuje wprowadzone odpowiedzi z odpowiedziami poszczególnych partii, i na tej podstawie oblicza z jaką partią (partiami) najbardziej pokrywają się poglądy odpowiadającego na pytania. Wynik podawany jest procentowo.

Polecam niezdecydowanym. Co prawda, przekonać na pewno nie przekona, ale może chociaż jakoś ukierunkować, by nie trzeba było w ciemno głosować.

PS Na prawym panelu umieściłem sondę. Zachęcam do wzięcia udziału. Można zaznaczyć kilka opcji jednocześnie.

środa, 10 października 2007

Po co

Sytuacja kiedyś przeze mnie zaobserwowana.

Idzie sobie pewien pan deptakiem. Obok niego jedzie na rowerach dwójka małych chłopców. Zapewne dzieci tego pana. A dzieci, jak to dzieci (zwłaszcza na rowerkach) lubią podążać nie tam, gdzie chcieli by tego rodzice. Tak też było w tym przypadku.

Jeden z chłopaków odjechał za daleko, w związku z czym pan, troszcząc się o bezpieczeństwo malucha (i innych spacerujących), przywołał chłopaka do siebie. Ten, zawracając rowerkiem zahaczył o krawężnik. Efektem tego był dość widowiskowy, choć niegroźny upadek malca.

Tata chłopca, widząc to zawołał:
- No i po co się przewracasz?

--------------------------------------------------

Właśnie! Pytam się również ja: po co?

wtorek, 9 października 2007

Opowiem Wam

Opowiem Wam ciekawą i autentyczną historię, choć już dość wiekową.

Szedłem sobie przez miasto. Właściwie, to szliśmy, bo nie byłem sam, ale nie ma to żadnego znaczenia dla fabuły, dlatego też nie będę się na ten temat rozpisywał, bo szkoda na to i czasu i miejsca i w ogóle bez sensu by było. No bo po co miałbym tłumaczyć z kim byłem i dlaczego? Albo, jaka pogoda była?

W końcu kogo to obchodzi czy to lato było czy zima? Ale raczej na pewno nie padało, bo nie mieliśmy ze sobą parasola. Stop! Miałem przecież mówić, jak bym sam wtedy tam był, zatem - nie miałem parasola.

Pamiętam jednak, że pizzą pachniało. Zapewne pomyślałem sobie wtedy, że chętnie bym sobie taką pizze zjadł. Bo zawsze tak myślę, gdy czuję zapach pizzy. Wtedy z pewnością również tak było, bo ja bardzo lubię pizze. Podobno życie jest jak pizza - nawet, kiedy jest kiepska, to nieźle smakuje.

Nawet nie wiem, dlaczego wtedy byliśmy... Tfu - byłem tam gdzie byłem. Ale nie martwię się tym. Wy też się nie martwcie, bo i tak bym Wam nie powiedział. Nie, żebym was nie lubił. Po prostu nie widzę powodu dla którego miałbym zaśmiecać Wam mózgi informacjami z których i tak nic by nie wynikało. Podobno człowiek podświadomie segreguje sobie w mózgu informacje na takie, które się mu przydadzą i na takie, które są zbędne. Ale po co ryzykować. Może to plotka tylko jest?

A nie warto w plotki wierzyć, bo one prawdziwe nie są. Każda plotka rozpowiadana dalej jest coraz bardziej przeinaczana, która później zawiera zupełnie inne i przekłamane informacje niż na początku. Zresztą ta początkowa, rdzenna plotka też ma z prawdą tyle wspólnego z towarem na ulotce, a towar na półce sklepowej.

Ale po co nam półki sklepowe? Przecież one żadnej roli w naszej historii nie odgrywają. A może się mylę? Może każdy przedmiot, który jest w pobliżu oddziałuje na nas i na naszą rzeczywistość. Przecież szafka z półkami i szafka bez półek to dwie zupełnie różne szafki. A jak są różne szafki, to inaczej się w nich rzeczy układa. A jak się inaczej rzeczy układa, to...

Chwila! O czym to ja miałem...?

poniedziałek, 8 października 2007

DiceWars

Prosta (w zasadach) gierka w której liczy się nie tylko szczęście ale i zmysł taktyczny.

niedziela, 7 października 2007

Fachowo

Jakiś czas temu przeprowadziłem modernizację komputera, która była wymagana, by móc programować komfortowo w Javie. Wymieniłem prawie wszystko: płytę główną w komplecie z procesorem, pamięć RAM i kartę graficzną. Podzespoły pochodziły z trzech różnych źródeł: Allegro, sklep i komis.

Po wymianie starego na nowe komputer dostał potężnej mocy. W porównaniu z tym, co było oczywiście, bo demonem szybkości to on i tak nie jest. Pojawił się jednak pewien problem. Piecyk działał super do momentu włączenia gry z trójwymiarowym środowiskiem. Komputer się wtedy zawieszał bądź restartował. Problem polegał więc w pierwszej kolejności na ustaleniu, co jest przyczyną. Dodatkowo pewne programy wskazywały na przegrzewanie się procesora.

Postawiłem więc diagnozę - "chłodzenie procesora". Powędrowałem do sklepu, kupiłem nowy, duży wentylator, który zamontowałem w odpowiednim miejscu. Efekt był zaskakujący - temperatura procesora dochodziła do jeszcze wyższych wartości! Nowy wiatraczek oddałem więc do sklepu.

Kolejna diagnoza - "lepszy zasilacz". Ponieważ sprzęt był 'nowy' a zasilacz stary, można było przypuszczać, że jest on za słaby do tego sprzętu. I znowu: powędrowałem do sklepu, kupiłem zasilacz, zamontowałem, i... I nic. Jak się zawieszał, tak dalej to robił. Widocznie podobały mu się zwisy... Zasilacz wrócił do sklepu.

Diagnoza kolejna (to już trzecia) - "BIOS". Sprawa ryzykowna, ale warta spróbowania. Przeszukałem strony internetowe producenta płyty głównej. Odnalazłem bios i program do jego aktualizacji. Okazało się, że sprawa była znacznie mniej skomplikowana niż się spodziewałem. Aktualizację można było nawet z poziomu Windowsa przeprowadzić. I jak łatwo się domyślić - nic to nie dało...

Załamany podjąłem decyzję o oddaniu komputera w doświadczone ręce. Pecet zawędrował więc do komisu komputerowego w którym również serwis jest. Tam sprawdzono czy wszystko jest dobrze połączone, czy rdzeń procesora nie jest uszkodzony itp. Przetestowano też każdy podzespół z osobna. Teoretycznie wszystko było sprawne, ale diagnoza była prosta: "Nie wiadomo o co chodzi". Dobrze, że odbyło się to 'po znajomości' i nie musiałem za to płacić.

Dni mijały, komputer się wieszał, a ja się denerwowałem. Podjąłem w końcu decyzję, że zaniosę blaszaka do tzw. "profesjonalnego serwisu". Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Przy odbiorze dowiedziałem się, że sformatowano mi dysk, a diagnoza brzmiała: "karta graficzna". Zaprezentowano mi, że po włożeniu innej karty graficznej wszystko działa i nic się nie wiesza. Zapłaciłem więc dwie dyszki i wróciłem do domu z dość mieszanymi uczuciami. Z jednej strony w końcu wiadomo o co chodzi, z drugiej zaś, świadomość, że dopiero co ten sprzęt kupiłem...

Sprawa nie dała mi jednak spokoju i zaraz po powrocie z serwisu zabrałem się do ponownej analizy problemu. Z pewnego programu, który pokazuje (prawie) wszystkie parametry komputera wyłapałem informację, że procesor i pamięć RAM działają względem siebie niesynchronicznie. Wszedłem więc do BIOSu, zmniejszyłem częstotliwość pamięci z 200 do 166 MHz. I to było TO! Po tym prostym w sumie zabiegu wszystko zaczęło hulać, aż miło!

I znowu miałem mieszane uczucia. Radość z rozwiązania problemu i sprawnego sprzętu. Dumę z faktu, że sam tego dokonałem. I złość, że musiałem wydać 20 zł tylko po to, by ktoś stwierdził, że mam uszkodzoną kartę graficzną, co prawdą nie było. I jak tu wierzyć fachowcom?

Powiadają, że "jeśli chcesz mieć coś zrobione dobrze - zrób to sam". Ale przy takim podejściu żaden zawód nie miałby racji bytu. I każdy musiałby znać się na wszystkim. A jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego.

sobota, 6 października 2007

Cichy obieg

Pamiętacie historię Ktosia, który dziwił się, że wszyscy mają gdzieś zadania, które powinni wykonać? Dzisiaj okazało się, że wcale nie mają tego aż tak głęboko!

Na dzisiejszych zajęciach odbywało się tak zwane "nadrabianie zaległości". W związku z tym wykładowca przystąpił do sprawdzania i informowania zainteresowanych, kto ma jakie braki. Co jakiś czas odzywały się głosy w stylu: "Jak to? Przecież ja to oddałem", "Ja to mam przecież zrobione" itp. itd.

Za którymś razem wykładowca nie wytrzymał i powiedział: "To proszę mi pokazać zrobione to zadanie." "Buntownicy" przystąpili do prezentacji. I wtedy wypłynęła przysłowiowa oliwa!

"No właśnie!" rzekł wykładowca. "Prosiłem o pokazanie mi, jak państwo zrobili te zadania, a ja tu na wszystkich komputerach widzę efekty pracy Ktosia!"...

Ktoś doznał wtedy szoku! Jak to się stało, że wszyscy(!) mają jego zadania? Dlaczego oddali jego prace jako swoje? Dlaczego on nic o tym procederze nie wiedział? Takie pytania mnożyły się w głowie Ktosia, ale na żadne z nich nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

Ale to jeszcze nie wszystko. Okazało się, że Ktoś jest o jedno zadanie do przodu. W takim sensie, że pozostali nawet nie mieli wcześniej okazji się z nim zapoznać. Zatem nie był to ich brak, ale pewne wyprzedzenie Ktosia.

W pewnym momencie pada pytanie odnoszące się do tego zadania, skierowane do Ktosia: "Zobacz, zrobiłem to ostatnie zadanie, ale coś mi nie chce działać." Ktoś przyglądał się i przyglądał, aż w końcu nastąpił taki oto dialog:
- Skąd masz to rozwiązanie?
- Zrobiłem.
- Zrobiłeś?
- No tak.
- Sam?
- Sam.
- Na pewno?
- No tak!
- Coś mi się wydaje, że ściemniasz...
- No dobra. W internecie znalazłem i nie dokońca to rozumiem.
- W internecie, powiadasz?
- Tak.
- A to ciekawe, bo nie przypominam sobie, żebym to zadanie w internecie udostępniał...
W tym momencie nastąpiła chwila ciszy, po której pierwszy odezwał się rozmówca Ktosia:
- No ale co tu jest nie tak? Dlaczego mi nie działa?
- Nie wiem, nie pamiętam już...
Skłamał Ktoś i powrócił na swoje miejsce.

Czyżby nastąpiło obnażenie zakłamania tego środowiska? A może to Ktoś niepotrzebnie się denerwuje (i załamuje)? Przecież sam chciał im pomóc. Jest jednak pewna różnica między POMOCĄ w rozwiązaniu zadania, a posłużeniem się GOTOWYM rozwiązaniem. Zwłaszcza, gdy jest ono SKRADZIONE.

Załóżmy, że jakaś bogata osoba chce podzielić się swym bogactwem z bezdomnym, którego od jakiegoś czasu widuje w mieście. Przygotowuje specjalną sakiewkę wypełnioną pieniędzmi i kosztownościami. Stawia ją na stole, by następnego dnia o niej nie zapomnieć i w drodze do pracy wręczyć ją biedakowi.

Jednak w nocy, gdy bogacz spał, miało miejsce włamanie do jego posiadłości. Oczywiście wśród skradzionych rzeczy była również sakiewka. Wszak stała na stole i trudno by było, aby złodziej jej nie zauważył. Przestępcy jednak nie odnaleziono, a bogacza nie było już stać na kolejny datek.

Kilka dni później, w drodze do pracy bogacz zauważa biednego, któremu chciał pomóc. Biedak był jednak zupełnie odmnieniony. Czysty, ogolony, schludnie ubrany. Miał nawet sygnet na palcu. Ten sam sygnet, który znajdował się w skradzionej sakiewce!

Zatem, niby wszystko w porządku - sakiewka trafiła do jej planowanego adresta. Jednak sposób w jaki to się stało sprawia, że w głowie bogacza nigdy już nie pojawią się filantropijne myśli. A biedak był tak zafascynowany tym, co posiada, że chalił się tym na lewo i prawo. Również bogaczowi wymachiwał sygnetem przed oczami...

Takie zuchwalstwo niegodne jest nawet Robin Hooda, czy innego Janosika. Oni kradli zarozumialcom, by dać tym, którzy naprawdę tego potrzebują. Tu zaś okradziono tego, który chciał ofiarować, a zrobiono to tylko po to, by samemu się nie męczyć.

piątek, 5 października 2007

Kobiety

Pamela Anderson
Paris Hilton
Britney Spears
Lindsay Lochan
Jennifer Lopez
Jessica Simpson
Hilary Duff
Anna Kurnikowa
Carmen Electra
Angelina Jolie

Niektórych z tych kobiet nie znam (osobiście żadnej), część kojarzę. W większości przypadków są to skojarzenia, powiedzmy, że nieciekawe. Okazuje się jednak, że te dziesięć pań to najczęściej poszukiwane kobiety w internecie (wg lycos.com).

Dziwny gust mają internauci...

czwartek, 4 października 2007

Biznes

Biznes to biznes. Tu nie ma sentymentów, tylko twarde zasady, które mszczą się po stokroć, gdy się ich nie przestrzega. Pół biedy, gdy wszyscy się tych zasad trzymają. Gorzej, gdy któraś ze stron postanowi przechytrzyć tę drugą stronę. A jeśli do tego zwalcza się 'swoich', to już całkiem ręce opadają.

Podam dwa przykłady, oby dwa z tej samej firmy. Z litości nie podam jej nazwy. Powiedzmy, że jest to "Firma". (Może ktoś odgadnie jaka?)

Przykład 1.
Przedstawiciel Firmy otrzymuje premię do wypłaty jeśli uda mu się w miesiącu zebrać odpowiednio duże zamówienia na oferowane przez nich produkty. I wszystko cacy, gdyby nie pewien szkopuł. Otóż, jeśli zamawia się u nich towar w ostatnim tygodniu miesiąca, to okazuje się nagle, że połowy zamówienia się nie otrzyma. Tłumaczą to "brakiem na magazynie", co jest kompletną bzdurą, gdyż ta Firma jest zbyt duża i ze zbyt wielkim doświadczeniem, by pozwolić sobie na pustki w magazynie.

Przykład 2.
Prócz wspomnianej wyżej premii miesięcznej jest do dyspozycji również premia roczna. Otrzymuje się ją po uzyskaniu odpowiedniego wzrostu sprzedarzy (jako przedstawiciel), w stosunku do wyniku uzyskanego w roku poprzednim. Sęk w tym, że jest to zwykłe mydlenie oczu. Po pierwsze - patrz "Przykład 1", po drugie - wymagany wzrost to minimum 15%! Toż to więcej niż tępo wzrostu narodowej gospodarki -> ok. 7%, co jest wynikiem szalenie wysokim! (A może to właśnie tacy przedstawiciele ją napędzają?)

Czyżby wracała idea "Przodowników pracy"?

środa, 3 października 2007

Wizyta Księdza

Zaprawdę powiadam Wam: zaiste genialny to skecz!

wtorek, 2 października 2007

Mama Muminka



Jak nazywała się Mama Muminka zanim urodziła Muminka?

poniedziałek, 1 października 2007

On/Off

Wczoraj po raz pierwszy widziałem martwą ofiarę wypadku. Młody mężczyzna, jeśli starszy ode mnie, to niewiele. Leżał płasko prawie na środku ulicy. Oczy miał otwarte i "wpatrywał się" w ludzi przejeżdżających obok niego w samochodach. Jakby rozpaczliwie szukał kogoś, kto mógłby go wskrzesić... "Może ty mi pomożesz? A może ty? Hej, czemu mi nie pomagacie?" Czyżby nie wiedział, że prócz oczu miał otwartą także czaszkę...

Dla niego jednak czas się zatrzymał. Mimo, że posiadał wolną wolę - stracił to, co miał najcenniejsze bez swej woli. Jego życie w ostatnim ułamku sekundy zostało rozświetlone reflektorami samochodu, by chwilę później zgasnąć już na zawsze.

Ktoś postanowił przełączyć jego życie ze stanu 'On' na 'Off'... Kto o tym zadecydował? Bóg? Przeznaczenie? A może ktoś przypadkiem oparł się niechcący o jego wyłącznik? Przecież to takie proste - przesunąć małą dźwignię. Problem stanowi jedynie trwałość 'żarówki', a raczej tej trwałości brak. Jest jednorazowa...