wtorek, 31 lipca 2007

Sen

Sen to jedna z moich ulubionych czynności. I prawdopodobnie nie jestem w tym osamotniony.

Sen jest czymś tak oczywistym, że prawie nikt nie zastanawia się nad jego sensem. Mogę się założyć, że większość czytających ten tekst uważa, że sen jest dla odpoczynku. Skoro czujemy się zrelaksowani i wypoczęci po śnie, musi to oznaczać, że sen jest dla odpoczynku. Otóż nie! Mylicie się moi drodzy!

Okazuje się, że sen jest po to by zoptymalizować struktury pamięci. Gdyby był dla odpoczynku lub oszczędzania energii, wystarczyłoby jedno jabłko na noc, by napełnić zapasy energii. Do efektywnego rozkodowania pamięci, ssaki, ptaki i nawet gady potrzebują wyłączenia "myślenia" i zrobienia porządku w mózgach. To jest ważne dla procesu przetrwania. Z tego powodu ewolucja wytworzyła mechanizmy obronne przed brakiem snu. Jeżeli nie śpimy, czujemy się przygnębieni.

Nie jesteśmy aż tak osłabieni jak to odczuwamy, uszkodzenia mogą być szybko naprawione poprzez dobrze przespaną noc. To jest kara przyznawana przez nasz mózg za nie trzymanie się zdrowych reguł życia: pozwól pamięci się zrestrukturyzować w jego ustalonym czasie.

Tak jak twardy dysk komputera potrzebuje od czasu do czasu defragmentacji, tak mózg potrzebuje snu.

A zatem - DOBRANOC!

poniedziałek, 30 lipca 2007

Jazda

No i stało się! Pierwsza jazda już za mną! I wcale nie było tak, jak niektórzy prorokowali:Co prawda od razu zostałem puszczony na głębokie wody (jazda po mieście), ale poza jednym spóźnieniem na światłach wpadki nie zaliczyłem. Problemem jest natomiast kwestia "podawania kierownicy". Mam bowiem dziwny nawyk (nie wiem skąd) robienia tego w stylu rajdowym. A powinna pracować tylko ta ręka od strony w którą się skręca.
Myślę jednak, że jak na pierwszy raz było całkiem dobrze. Zwłaszcza w porównaniu z tym:







By mnie nikt o tendencyjność nie oskarżył, od razu wyjaśnię, że fakt iż same kobiety są "bohaterkami" filmów to czysty przypadek!

niedziela, 29 lipca 2007

Historia

Uwielbiam słuchać historii opowiadanych przez starsze osoby. O tym, jak to kiedyś na świecie było, jakie dziwne rzeczy się robiło, jak się wolny czas organizowało...

Jedną z takich historii, opowiedzianych przez mojego dziadka, chciałbym się z Wami podzielić.

Historia ta miała miejsce bardzo dawno temu, gdy to na polskich ziemiach rozpanoszyli się Niemcy. Front był daleko a mieszkańcy małych wiosek nie mieli ani broni, ani wystarczającej ilości ludzi, by stawić czoła najeźdźcy. Zatem wszyscy żyli w przymusowej symbiozie - Polacy żywili Niemców w zamian za co Niemcy nie rozstrzeliwali Polaków.

Dziadek mój, który wtedy nie wiedział nawet, że moim dziadkiem będzie, bo sam był wtedy małym chłopcem, lubił przebywać w pobliżu Niemców. Bynajmniej nie z powodu sympatii do nich lecz dlatego, że można było czasem dostać od nich prawdziwą czekoladę! Chyba nie muszę wyjaśniać, czym była dla małego chłopca prawdziwa czekolada w sytuacji, gdy nikt nawet o tabliczkach czekoladopodobnych nie myślał.

Razu pewnego, w wiosce, gdzie działa się cała ta historia miała pojawić się jakaś ważna delegacja niemiecka, a dowództwo wojsk tam stacjonujących miało wygłosić jakąś konferencję. Chcąc przypodobać się przybyłym gościom, oraz by pokazać jednocześnie, jak bardzo zżyci są z mieszkańcami, dowódcy zatrudnili mojego dziadka, by ten nauczył ich kilka podstawowych zwrotów grzecznościowych po polsku (dzień dobry, witamy itp.). W zamian za co mój dziadek miał otrzymać kilka tabliczek czekolady i puszkę landrynek! Wszyscy ciężko pracowali, by efekt był jak najlepszy.

Nadszedł w końcu dzień na który wszyscy czekali - przybyła delegacja. Przybysze zostali ulokowani w specjalnie do tego przygotowanej sali. Mojego dziadka nie wpuścili, ale znalazł sobie wygodne miejsce z zewnętrznej strony okna. Delegacja ulokowana na krzesełkach. Wchodzi dowódca wojsk stacjonujących i wita się z przybyłymi:
- "Jestem GUPI!"

Nie muszę chyba dodawać, że mój dziadek, aby skosztować czekolady musiał wyczekiwać zmiany kontyngentu?


sobota, 28 lipca 2007

Piesek

Post z dedykacją dla "m."


Piosenka:

Pupil:

Tapety:

piątek, 27 lipca 2007

Babcia

Przypomniała mi się dzisiaj pewna historia z mego życia. Otóż szedłem sobie chodnikiem i zauważyłem przede mną starszą panią dźwigającą wielkie toboły. Siatki te musiały być bardzo ciężkie, bo owa pani co chwilę przystawała, kładła zakupy na ziemi i odpoczywała.

Jako,że staram się być dobrym człowiekiem, przyspieszyłem kroku, by jak najszybciej znaleźć się obok tej pani, by ulżyć jej w cierpieniu. Zaproponowałem: "Przepraszam, może pomóc?". Babcia podniosła głowę, spojrzała na mnie i powiedziała: "Dziękuję, nie trzeba". Był to oczywiście blef, bo widać było, że bardzo trzeba.

A później, to pewnie wszędzie narzekała, że młodzież się psuje (wtedy jeszcze do młodzieży się zaliczałem), nie ma serca i tylko o rozróbach myśli.

Okazuje się jednak, że nie tylko młodzież jest niebezpieczna:

Ach, ta dzisiejsza młodzież...


czwartek, 26 lipca 2007

Kluczowe

Prawie od samego początku tworzenia bloga korzystam z serwisu www.wymiana.org, dzięki któremu wiem ile razy mój blog był odwiedzany każdego dnia, z jakiego kraju byli odwiedzający, mam dostęp do różnych statystyk, itp.

Jedna z ciekawszych opcji tego serwisu to "słowa kluczowe", czyli raport o tym, jakie słowa wpisują internauci w wyszukiwarkach, które linkują do mojej strony. Wbrew pozorom to szalenie frapująca lektura!

Słowa kluczowe można podzielić na kilka rodzajów:
1. - bardzo oczywiste, czyli nie podlegające dyskusji: "ramzel's world", "ramzel", "ramzelsworld";
2. - treściwe, czyli związane z treścią posta: "skrzypiące drzwi akademika", "focus skrzypiące drzwi", "skrzypiace drzwi akademika +radio", "wojownik", "Kaczynski", "zielone banany", "dla Ciebie mogę", "super markiet", "a jeśli Ci się przyśni gałąź kwitnacej wiśni", "tu baron", "odstresowiacz", "desperat", "magiczny człowiek" itd.;
3. - graficzne, czyli z wyszukiwarki grafik: "Tadeusz Rydzyk";
4. - ciekawe, czyli nie wiedziałem, że o tym pisałem: "Pogoda od 01.08.07", "płaszcze przeciwdeszczowe producent", "dostac obrazek zyda w prezencie", "wytloczki do jaj gdzie kupic";
5. - odjechane, czyli nie wiadomo o co chodzi: "(")_(")_.----.,/)", "_ .. .._".

Trzy pierwsze typy nie wymagają komentarza, ale czwarty i piąty to już niezłe hity. Bardzo mnie ciekawi, jak to jest, że Google, na którym tu się opieram, linkuje do mojej strony w sytuacji nawet, gdy nie ma ona nic wspólnego z wyszukiwanymi frazami. Co ciekawe, linki te są czasem nawet na szczycie listy.

O czym to świadczy? O wadach wyszukiwarki Google, czy o mojej umiejętności takiego pisania, że każdy znajdzie tu coś dla siebie? Nawet, jeśli jeszcze o tym nie wie. Cieszy mnie jednak, że jeszcze nikt nie dostał się na mojego bloga po wpisaniu w przeglądarce takich słów jak: "sex", "pedofilia", "narkomania" "masochizm" itp.

środa, 25 lipca 2007

Język

Na dzisiaj ćwiczenie językowe, dlatego też tego posta należy czytać NA GŁOS! Pamiętajcie jednak, by wcześniej rozgrzać sobie język! Za jego połamanie NIE ODPOWIADAM! :)

Spod czeskich strzech szło Czechów trzech.

Konstantynopolitańczykiewiczówna.

Przyszedł Herbst z pstrągami, słuchał oszczerstw z wstrętem patrząc przez szczelinę w strzelnicy.

Tata, czy tata czyta cytaty Tacyta?

Pocztmistrz z Tczewa, Rotmistrz z Czchowa.

Szedł Sasza suchą szosą.

Cesarz czesał cesarzową.

Dziewięćsetdziewięćdziesięciodziewięciotysięcznik.

To tylko część łamaczy językowych. Więcej znajdziesz tutaj.

wtorek, 24 lipca 2007

Kucharz

Zgodnie z zasadą, że jedno zdjęcie może powiedzieć więcej niż tysiąc słów, przygotowałem obrazek:


poniedziałek, 23 lipca 2007

Tragedia

To co wydarzyło się w niedzielę we Francji to tragedia i temu nie przeczę. I dlatego zapalam znicz dla ofiar tej tragedii. Ale tragedią było też to, co stało się dnia 20. lipca na Śląsku. Dla ludzi których dotknęły skutki przejścia trąby powietrznej znicza zapalać nie będę, bo tam na szczęście nikt nie zginął.

Nie chcę tu jednak opisywać tego, co zdarzyło się we Francji i na Śląsku. O tym wszyscy bardzo dobrze wiemy. Chciałbym raczej skupić się na decyzjach rządu oraz o otoczce medialnej.

Otóż zadziwia mnie wielce fakt, że prezydent poleciał do Francji day after (dzień po), podczas gdy Śląsk odwiedził po trzech dniach. Ale przecież o tornadzie nie mówili w zagranicznych mediach w przeciwieństwie do wypadku (jakże trafne słowo) autokarowego. Trzeba więc pokazać się światu, jakim to jest się współczującym prezydentem.

To samo dotyczy szumnych zapowiedzi przekazania poszkodowanym i rodzinom ofiar po 110 tys. zł! Słownie: sto dziesięć tysięcy złotych! Ja wiem, że życie ludzkie jest bezcenne. Wiem, że żadne pieniądze nie zwrócą zdrowia ani życia. Ale po jakiego grzyba tym ludziom 110 tysięcy? Na co? Za co? Od kogo? Od prezydenta i premiera. Czyli od nas - podatników. Bo wszystkie pieniądze, jakie rząd ma to pieniądze podatników.

Pielgrzymka ta była wyjazdem zorganizowanym i jako taka na pewno była ubezpieczona. Zatem wszelkie roszczenia majątkowe powinny być kierowane do właściciela firmy! I tam są pieniądze należne poszkodowanym i rodzinom ofiar! I bardzo mi się nie podoba, że prezydent i premier zgrywają filantropów za (m.in.) , moje pieniądze, prowadząc jednocześnie w ten sposób kampanię wyborczą. Ciekawe, że premier zapewnił Ślązaków o pomocy materialnej dopiero po tym, jak w mediach pojawiły się opinie o braku zainteresowania rządu tą sprawą.

Przeznaczonych zostanie 15 mln zł. Ucierpiało 90 gospodarstw, zatem na jedno gospodarstwo przypada nieco ponad 166 tys. Porównajmy więc: ofiary wypadku - 100 tys. na wyprawienie pogrzebu i ewentualną pomoc psychologiczną, choć ogrom ludzi musi sobie radzić bez niej. Z drugiej strony - ofiary tornada, gdzie w większości przypadków całe rodziny utraciły cały dorobek swego życia! Domy, samochody, chlewy, obory, maszyny rolnicze itd. I dostają na to 166 tys. To nawet łącznie z odszkodowaniem z ubezpieczenia nie pokryje strat, a trzeba pamiętać, że wiele rodzin ubezpieczonych nie było.

Coś tu jest nie tak!
Ktoś czytając to wszystko może stwierdzić, że nie mam serca, ale to nieprawda. Mam serce. I to takie, które pragnie uczciwości i sprawiedliwości. Po prostu zwykłej normalności...

I jeszcze kwestia otoczki medialnej. Uważam, że robienie z tego całodniowego show (TVP3), to już co najmniej lekka przesada.

Wiadomo, należy o tym mówić podczas programów informacyjnych, ale gdy podczas jednego z takich programów zobaczyłem starszego Pana całego we łzach, rozmodlonego, przeżywającego “radość przez łzy”, bo Jego żona przeżyła, to coś się we mnie odezwało.

Przecież takie skrajne uczucia są zbyt osobiste. Zbyt intymne, by pokazywać je innym publicznie. A tu widziałem mnóstwo kamer i mikrofonów skierowanych na tego Pana. Najbardziej boli w tym fakt, że robiono to tylko po to, by mieć tzw. “świetny materiał, który chwyta za serce”.

Usprawiedliwieniem mogłaby być chęć informowania rodzin ofiar o aktualnej sytuacji. Mogłaby, ale po pierwsze od czasu pierwszej informacji było tak samo, nic się nie zmieniało. A news był “gorący” jeszcze wieczorem. Po drugie firma przewozowa musiała mieć dane podróżnych. Znano więc dane jej uczestników, zatem nie powinno być żadnego problemu, by kontaktować się z rodzinami i relacjonować sytuację.

niedziela, 22 lipca 2007

Rabin

Przychodzi Żyd do Rabina i pyta:
- Rabinie, jak ty to robisz, że jesteś tak doskonały?
Rabin bez chwili zastanowienia odpowiedział:
- To proste. Gdy pracuję, to pracuję. Gdy odpoczywam, to odpoczywam. Gdy idę, to idę. A gdy siedzę, to siedzę.
- Ale przecież ja też to robię, a nie jestem doskonały. - Zdziwił się Żyd.
- Nieprawda. - Odpowiedział rabin. - Gdy pracujesz myślisz o odpoczynku. Gdy odpoczywasz planujesz dalszą pracę. A gdy idziesz, to myślisz gdzie zasiądziesz, gdy dojdziesz do celu. Ja natomiast całą swą uwagę skupiam na tym, co aktualnie robię i dlatego mogę robić to perfekcyjnie.

Historię tę opowiedział dzisiaj ksiądz w ramach kazania. I mam teraz dylemat. Zastanawiam się bowiem nad słusznością tej historii.

Na jednym z blogów pewna kobieta żaliła się, że jej mąż (i mężczyźni w ogóle) nie ma podzielnej uwagi. Miałem wtedy wątpliwości czy ja, skoro mam podzielną uwagę, jestem facetem?

Ale tak naprawdę zastanawia mnie coś innego. A mianowicie, jak się ma ta historyjka w odniesieniu do formuły "Memento Mori" (łac. pamiętaj, że umrzesz)? Pozdrowienie Memento Mori było używane przez wiele zgromadzeń zakonnych, przede wszystkim przez kamedułów, kartuzów i trapistów.

Mamy zatem pewną sprzeczność. Z jednej strony zalecenie, by poświęcać się całkowicie temu, co się akurat w danym momencie robi. Z drugiej zaś strony przestroga, by niezależnie od tego, co się robi, mieć na względzie fakt nieuchronnej śmierci.

Bliższa mi jest wersja numer dwa. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że obecnie co trzecia Nagroda Nobla z dziedziny literatury, medycyny fizyki i chemii trafia do pisarzy i naukowców żydowskich, choć Żydzi stanowią zaledwie około 0,2 procenta ludności świata! Coś w tym musi być. Być może Żydowskie nauki to niedoceniane źródło uniwersalnych mądrości?

sobota, 21 lipca 2007

Kuleczki

Był sobie mały, zdolny Jasiu i miał bardzo bogatych rodziców.
Owi rodzice bardzo kochali swojego synka i chcieli mu sprawić przyjemność.
Kiedy zbliżały się piąte urodziny Jasia, zapytali go:
- Jasiu, co chciałbyś dostać na urodzinki? Klocki lego? Dużą koparkę, a może jakąś maskotkę?
A Jasiu powiedział:
- Najbardziej chciałbym dostać trzy żółte kuleczki.
Rodzice pomyśleli, że ich dziecko się wygłupia i kupili mu klocki.
Potem Jasio miał komunię, z tej okazji rodzice chcieli mu dać coś wyjątkowego.
Zapytali więc Jasia:
- Jasiu, co chcesz dostać na komunię? Zdalnie sterowany samochód? A może rower? Albo łyżworolki?
A Jasiu powiedział:
- Najbardziej chciałbym dostać trzy żółte kuleczki.
Rodzice pomyśleli, że ich dziecko się wygłupia i kupili mu rower.
Potem Jasio skończył szkołę podstawową z samymi szóstkami i dostał się do gimnazjum, rodzice chcieli mu dać coś z tej okazji.
Zapytali więc Jasia:
- Jasiu, co chcesz dostać w prezencie? Lego Technics? A może walkmana?
A Jasiu powiedział:
- Najbardziej chciałbym dostać trzy żółte kuleczki.
Rodzice pomyśleli, że ich dziecko się wygłupia i kupili mu walkmana.
Potem Jasio skończył gimnazjum, a ponieważ był bardzo zdolny, dostał się do najlepszego liceum w mieście, jako pierwszy na liście.
Rodzice bardzo się ucieszyli i postanowili dać mu coś wyjątkowego z tej okazji.
Zapytali więc Jasia:
- Jasiu, co chcesz dostać w prezencie? Wieżę stereo? A może własny telewizor do pokoju? A może komputer?
A Jasiu powiedział:
- Najbardziej chciałbym dostać trzy żółte kuleczki.
Rodzice pomyśleli, że ich dziecko, jak zwykle, się wygłupia i kupili mu komputer.
Potem Jasio zdał maturę ze średnią ocen 6.0, bo jak wiadomo, był bardzo zdolny, a następnie dostał się na medycynę z najlepszymi wynikami z egzaminów.
Rodzice byli bardzo dumni i chcieli dać mu coś wyjątkowego z tej okazji.
Zapytali więc Jasia:
- Jasiu, co chcesz dostać w prezencie? Może jakiś ładny samochód? A może wakacje na Majorce?
A Jasiu powiedział:
- Najbardziej chciałbym dostać trzy żółte kuleczki.
Rodzice pomyśleli, że ich dziecko, jest przemęczone nauką i gada głupoty, i kupili mu samochód.
Potem Jasio skończył studia medyczne z wyróżnieniem i miał przed sobą wspaniałą karierę. Rodzice byli zachwyceni i postanowili zrobić mu jakiś prezent z tej okazji.
Zapytali więc Jasia:
- Jasiu, co chcesz dostać w prezencie? Może własne mieszkanie? A może wakacje na Karaibach? Albo może własny jacht? A Jasiu powiedział:
- Najbardziej chciałbym dostać trzy żółte kuleczki.
Rodzice pomyśleli, że ich dziecko, jak zwykle, ma dziwne pomysły i przestraszyli się, że może jest z nim coś nie tak. Kupili mu mieszkanie, ale te trzy żółte kuleczki coraz bardziej ich
intrygowały.
Tymczasem Jasio postanowił się ożenić z miss świata. Rodzice byli zachwyceni i chcieli dać im jakiś niezwykły prezent ślubny.
Zapytali więc Jasia:
- Jasiu, co chcesz dostać w prezencie? Może jakiś ładny dom na przedmieściu? A może podróż dookoła świata? A może nowy samochód?
A Jasiu powiedział:
- Najbardziej chciałbym dostać trzy żółte kuleczki.
Rodzice pomyśleli, że ich dziecku już nic nie pomoże i kupili mu dom.
Trochę podumali nad tymi kuleczkami, dlaczego Jasiu tak bardzo chce je dostać, ale nic nie wymyślili...
Minęło wiele lat, rodzice zapomnieli o tych kuleczkach, aż nagle stała się straszna rzecz. Jasiu miał wypadek i umierał. Lekarze sprowadzili jego rodziców, którzy zapytali Jasia:
- Czy masz jakieś ostatnie życzenie?
A Jasiu powiedział:
- Tak: chciałbym dostać trzy żółte kuleczki.
Wtedy rodzice nie wytrzymali i spytali:
- A po co ci, Jasiu, te trzy żółte kuleczki?
A Jasiu powiedział:
- Te trzy żółte kuleczki chciałem bo...
.
.
.
.
.
.
.
.
.
... i umarł.

piątek, 20 lipca 2007

Magiczny

Wszyscy zapewne wiedzą, że co roku Program Pierwszy Polskiego Radia. Organizuje trasę koncertową po całej Polsce w ramach akcji: "Lato z Radiem". Ale nie wszyscy zapewne wiedzą, że w tym roku, 12. sierpnia LzR zagości w Chojnicach. W moim mieście!

Ale nie to jest najważniejszą informacją, którą chciałbym przekazać. Najważniejsze jest to, że w ramach LzR organizowany jest plebiscyt "Magiczny Człowiek". Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w plebiscycie tym bierze udział IRENEUSZ KORYCKI! Mój Wujek!

Na stronie plebiscytu przedstawiany jest w ten sposób:
W 1995 roku zorganizował największy zlot samochodów terenowych w Polsce. Impreza ta potrafiła przyciągać do Chojnic po 240 jeepów nie tylko z Polski, ale również z Niemiec, Holandii, Belgii i Wielkiej Brytanii. W tym roku podjęto decyzję o reaktywacji zlotu i odbędzie się on 11 – 12 sierpnia, a organizatorzy ograniczyli ilość startujących załóg do 300. Ireneusz Korycki znany jest też w środowisku rajdowym jako zawodnik i działacz Rajdowych Mistrzostw Polski Samochodów Terenowych, ale nie tylko, dyrektorował też Rajdowi Bałtyku, czyli rundzie Pucharu PZMot. To jego samochodem rajdowym swoje pierwsze kroki w rajdowej terenówce stawiał w 2002 roku Krzysztof Hołowczyc przygotowujący się już wtedy do startu w Dakarze.

Jeżeli ktoś chciałby więcej informacji na temat tego Magicznego Człowieka, zapraszam na stronę internetową firmy KORYNT oraz na stronę ZLOTÓW SAMOCHODÓW TERENOWYCH, organizowanych przez Ireneusza Koryckiego. (A na jednym ze zdjęć na tej stronie nawet ja jestem. :D)



czwartek, 19 lipca 2007

Kamera

Chcesz pomóc w wypatrywaniu ognia na terenach zalesionych? Może wolisz patrzeć jak inni męczą się w biurze? Lubisz pościgi samochodowe lub kraksy? A może wolisz odwiedzić ZOO? Czy może po prostu wolisz podziwiać wspaniałe cuda natury?

Możesz robić to wszystko (i wiele więcej) nie ruszając się z domu! wystarczy wejść na stronę EarthCam lub WorldCam. Są to serwisy, które pozwalają dostać się w prosty sposób do wielu miejsc świata. Bez jakichkolwiek opłat. Wystarczy w polu wyszukiwania wpisać nazwę miejscowości, miejsca, zjawiska, rzeczy, zwierzęcia itp. I voila!


Podzielcie się adresami do ciekawych, fajnych, niezwykłych kamer. Oczywiście nie trzeba ograniczać się tylko do tych dwóch adresów, które podałem. W internecie jest sporo katalogów kamerek.

A oto kilka linków na zachętę (z ZOO):
- Niedźwiedź polarny tu i tu
- Panda tu, tu i tu
- Pingwiny tu i tu
- Żyrafy tu

Czekam na Wasze znaleziska!

środa, 18 lipca 2007

Logika

Doprawdy nie wiem, jak to nazwać, ale fakt wchodzenia gazeciarzy do salonu prasowego z propozycją, by _sprzedawca_ kupił od nich gazetę, jest co najmniej dziwny. Tak samo nie rozumiem ludzi, którzy oświadczają: "A myślałem(łam), że u was tego nie ma".

Skoro rzeczywiście myślałeś, drogi człowieku, to po jaką (za przeproszeniem) cholerę robisz coś wbrew swym "poglądom"? Podejrzewam, że jakiś mechanizm odpowiedzialny za logiczne myślenie jest u tych osobników za słabo naoliwiony.

Szkoda tylko, że np. przez tych zdolnych gazeciarzy ludzie muszą się denerwować. Ja się z tych agentów śmieję, ale wiem, że są tacy, których to denerwuje. Za każdym razem coraz bardziej. A dzisiaj taki jeden kiosk odwiedził...

Może by tak napisać petycję do szanownego ministra oświaty, pana G. aby wprowadził do szkół nowy przedmiot: "Logika - trudna sztuka wnioskowania"? Choć szczerze mówiąc wątpię, czy pan minister wprowadziłby ten pomysł w życie. To by było zbyt logiczne, jak na jego standardy...

wtorek, 17 lipca 2007

Skażenie

Przeglądając materiały dostępne w internecie o Milagros, moją uwagę zwrócił jeden fakt. Otóż ta dziewczynka na każdym zdjęciu czy filmie jest bardzo uśmiechnięta. I jest to szczery uśmiech szczerego dziecka! Mimo niewątpliwej tragedii, jaka ją spotkała Syrenka jest szczęśliwa, radosna i pełna życia.

I tu pojawia się pytania. Kiedy to dziecko zostanie skażone przez tzw. cywilizację? Kiedy dziecko zacznie odczuwać, że różni się od innych dzieci? Że jest 'inne'? Kiedy Syrenka zacznie wstydzić się tego, jaka jest?

W tej chwili jest jeszcze mała i czysta niczym 'tabula rasa'. Ale kiedyś dziecko zacznie świadomie i samodzielnie analizować rzeczywistość wokół niej. Zacznie też na nią działać środowisko w którym żyje i ludzie z którymi będzie miała do czynienia. I w końcu dowie się i zrozumie to, że jest okaleczona. Wierzę w to, że jej rodzice przygotowują ją cały czas na to zetknięcie z rzeczywistością.

Co jednak, jeśli o tym, jaka jest dowie się poprzez zasłyszane rozmowy w szkole, na jej temat? Jeśli zacznie się zastanawiać, dlaczego ludzie filmują tylko ją, innymi dziećmi się nie zajmując? A może wprost zaczną wytykać ją palcami?

Milagros zacznie odczuwać, że są sprawni i są sprawni inaczej.. Doświadczy, że ludzie 'oryginalni' są traktowani, jakby byli inni. Jakby to była jej wina, że taka się urodziła! A przecież ona nie wymyśliła sobie, że będzie wyjątkowa, bo nie chce być tak beznadziejna, jak reszta.

Posłużyłem się tu przykładem Syrenki, ale przecież nie jest ona jedyną osobą 'normalną inaczej'. Ale kto ma prawo decydowania o tym, co jest normalne, a co nie? Skąd wiemy, że to nie my jesteśmy ułomni, a nie ci pozamykani w szpitalach psychiatrycznych? Jakim prawem nazywamy siebie normalnymi, dając w ten sposób do zrozumienia, że są też nienormalni?

Pytania się mnożą, ale mnie w tej chwili interesuje odpowiedź na jedno pytanie.

KTO I DLACZEGO SKAZIŁ TEN ŚWIAT
NORMALNOŚCIĄ
?

poniedziałek, 16 lipca 2007

Syrenka

Takie dzieci rodzą się raz na kilkaset tysięcy urodzeń. Na świecie żyje obecnie dwójka dzieci, które po porodzie przeżyły więcej niż kilka dni. Jednym z tych dzieci jest dziewczynka ze zdjęcia. Milagros Cerrón (jej imię znaczy 'cud') urodziła się ze zrośniętymi nóżkami.

Dziewczynka pochodzi z Meksyku. Znają ją tam chyba wszyscy, jej operacja rozłączenia nóżek trwała 8 godzin i była transmitowana na żywo przez meksykańską telewizję. Dziecko zyskało przydomek 'Mała Syrenka'.

Obecnie Syrenka ma 3 latka i cieszy się życiem, ale czeka ją jeszcze kilkanaście operacji. Lekarze muszą zrekonstruować m.in. układ rozrodczy, pokarmowy, wydalniczy. Słowem trochę się jeszcze nacierpi. Ale przy takiej życzliwości, serdeczności i trosce ze strony ludzi nie może być źle!

Milagros, Syrenko trzymam kciuki!

niedziela, 15 lipca 2007

Portfel

Czasami bywa tak, że człowiek zastanawia się nad tym, co jest tak naprawdę w życiu ważne. Dom, rodzina, kariera, pieniądze, dzieci, wykształcenie, powodzenie itd.

Jeśli też masz problem z określeniem tego, co najważniejsze, to zapraszam do obejrzenia tego filmu. Przesłanie, które ze sobą niesie jest bezcenne!

Mi otworzyło to oczy i teraz już wiem!
Nadeszła kolej na Ciebie!

sobota, 14 lipca 2007

Jocker

Nasi kochani politycy co i rusz wyciągają karty z rękawa. Ba, rozgrywka weszła już na taki poziom, że samymi silnymi kartami się posługują. Najpierw ni stąd ni zowąd (czy aby na pewno?) Wprost tasuje kart i wyciąga pierwszą. Chce wyciągnąć asa, ale coś nie wyszło i walet się trafia - o.Rydzyk.

Pan premier chcąc skierować oczy ludu i kamer na inne tory szybko wyciąga kolejną kartę na stół - Lepperowi mówimy pa pa. Gdy usłyszałem w "Salonie politycznym Trójki" słowa premiera, który przyznał, że już przed podpisywaniem nowego traktatu koalicyjnego miał sygnały, że A.L. może być podejrzany o korupcję, utwierdziły się w tym, co wcześniej mogłem tylko przypuszczać. Mamy asa.

Do gry przyłącza się opozycja. PO na fali afery kieruje do sejmu wnioski o odwołanie wszystkich ministrów. Widać liczyli na to, że Samoobrona wyjdzie z koalicji i takie wnioski będą miały jakiś sens. A tak, raz, że SO zostaje, to jeszcze zanim wnioski te zostaną rozpatrzone, sprawa zdąży troszkę złagodnieć i nie będzie już takich emocji. To był kolejny walet, na którego mało kto uwagę zwrócił, bo...

Nadeszła kolej na ruch pana (byłego) wicepremiera Leppera. Rzuca on kolejnego
asa na stół - Lepper twierdzi, że rzekoma afera to starannie(?) uknuta mistyfikacja, by go zgładzić. rozpoczyna się batalia o sposób funkcjonowania CBA. Kamery zostają skierowane na CBA, a politycy mają czas, by obmyślić dalsze kroki.

Giertych robi podkład i póki jeszcze może, podpisuje rozporządzenie na mocy którego religia w szkołach będzie liczona do średniej. Gdy wspomniałem o tym fakcie na jednym z czytanych przeze mnie blogów, niejaki Khair el-Buda tak to skomentował:
"z tego forowania religii w szkołach publicznych akurat się cieszę. Piszę to przewrotnie jako ateista - bo wiem, że rozrachunku ostatecznym nic tak nie niszczy religii jak przymusowe jej wtłaczanie nie zainteresowanym."

W międzyczasie karta o.Rydzyka zostaje oddana do Watykanu. Ponoć sam B16 się tym zajmie.

Gdy PiS myślał co dalej, A.L. i R.G. już wiedzieli. Łączą swe siły, by razem przeciwstawić się plugastwu - kolejny as trafia na stół. Zagranie strategicznie cudowne. Raz, że wspólnie będą mieli większe szanse, by w ewentualnych nowych wyborach osiągnąć wymagany próg. Dwa - pokażą się tym samym jako ci, którzy potrafią się dogadać i wspólnie walczyć o wspólne dobro. Poza tym, rola pokrzywdzonych i wykorzystanych przez PiS może im dodać trochę głosów.

I tak rozgrywka trwa w najlepsze. Ja się tylko zastanawiam kiedy i jak to się skończy? Bo asów przecież nie ma nieskończenie wiele. Czy w momencie, gdy skończą się silne karty zaczną się ochłapami rzucać?

A może znajdzie się ktoś, kto znienacka rzuci Jockera i zakończy ten cyrk? Może lud się obudzi i zacznie się domagać normalności? Może jakaś rewolucja? To już pewnie ostateczność, ale nie mogę powiedzieć, że niemożliwa. I chyba nikt nie może...

piątek, 13 lipca 2007

Inglisz

...aj end maj łorld...
Heloł! Aj em Ramzel end dys ys maj blog! Ajm from Polen, bat aj ken spik Inglisz tu. Tudej ajm starting wrajting post in Inglisz. Ju ken si dat. Dys ys maj first post in dys langłidż, soł aj ken wrajt łit errors.

Maj kantry ys in Juropen Junion, so aj mast knoł som langłidż. Not onli ołn.

Aj hef frends in ju es ej end in ju kej. Of kors in Polen aj hef frends tu. Aj hef hir a Girlfrend - <:3~~ (Małs).

Łot a like end dyslajk? Ju ken rid abołt dys in maj blog! Menu ys on de rajt.

If Ju hef a kłeszczons for mi or if Ju łont wrajt somting to mi, Ju ken wraj imejl! Maj imejl ys: ramzelsworld.blogspot@gmail.com

Ofkors ajm łejting for jur koments!

Pi Es Dys blog ys kuul! ;)

czwartek, 12 lipca 2007

Przepraszam

Patrząc na to, co dzieje się na polskiej scenie politycznej, zaczynam rozumieć, dlaczego nazywa się to "sceną". Bo takiej szopki, to nawet na deskach Teatru Narodowego nie wystawiają. Istny majstersztyk. :/ Wszystko wygląda niczym oscarowa gra aktorów do filmu na podstawie powieści mistrza gatunku political-fiction Toma Clancyego. Jak można to nazwać? "Ja wam pokażę"? Nie, to już było. To może "Polskie piekiełko"? Albo "Jeden lepszy od drugiego"? "A miało być tak pięknie"? Najbardziej chyba pasuje "Sami chcieliście"...

Jako, że w pewnej mierze to, co się dzieje, dzieje się przeze mnie, czuję się w obowiązku przeprosić:
Dziennikarzy - za nagonki;
Lekarzy - za niewłaściwe "plany naprawcze";
Pielęgniarki - za ignorancję;
Inteligencję - za "łżeelity";
Emigrantów - za konieczność wyjazdu;
Żydów - za "przyjaciela rządu";
Uczniów - za ministra bez matury;
Rolników - za (byłego) ministra z wyrokiem;
Polaków - za "Polska jest tutaj".

PRZEPRASZAM WAS RODACY
ZA MÓJ GŁOS W OSTATNICH WYBORACH.

Naprawdę mi wstyd...

środa, 11 lipca 2007

Fajny

Dzisiaj z audycji "Tu Baron" w Trójce dowiedziałem się bardzo ciekawej rzeczy. Otóż okazało się, że czasem, aby przekonać kogoś do swych racji wystarczy uparcie powtarzać swe argumenty! Z tego mechanizmu korzystają twórcy reklam. Zatem nie jest najważniejsze, by reklama była sensowna. Ważne, by ludzie jak najczęściej ją oglądali. Tak samo akwizytorzy. Choćby nie wiadomo jak badziewny i niepotrzebny towar proponowali, to za którymś razem człowiek zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście tego nie potrzebuje. Podobno.

Sprawa dotyczy również dyskusji. Jeśli spotkają się dwie osoby o skrajnie różnych poglądach i zaczną ze sobą dyskutować, to jeśli oby dwie osoby są tak samo przekonane o swej racji, to pozostaną przy swoim. Jeśli jednak, jak twierdzi psycholog, któraś z tych osób ma choćby najmniejsze wątpliwości co do swych poglądów, to na skutek dyskusji zacznie oswajać się z racjami "przeciwnika". Po pewnym czasie może nawet się z nimi zgodzić.

Ponoć "trik" ten działa, jeśli ktoś jest wytrwały. Jeśli jednak przesadzi, stanie się natrętny i zamiast przekonać - zniechęci jeszcze bardziej. Bardzo jestem ciekaw skuteczności tej metody. A nie ma lepszego sposobu, jak sprawdzić. Zatem...

Ten blog jest fajny!
Ten blog jest fajny!
Ten blog jest fajny!
Ten blog jest fajny!
Ten blog jest fajny!
Ten blog jest fajny!
Ten blog jest fajny!
Ten blog jest fajny!
TEN BLOG JEST FAJNY!
T E N    B L O G    J E S T    F A J N Y!

wtorek, 10 lipca 2007

Kap kap

Pada i pada i pada i pada... Już nie pamiętam, kiedy nie padało! Chociaż nie. Pamiętam - zawsze jakieś 15 minut przed końcem mojej pracy nie pada, ale gdy mam już iść do domu... Kap kap kap...

Najprawdopodobniej to czysty przypadek, niemniej zauważalny i szalenie denerwujący! Słyszałem kiedyś, że taka jesienna, szara i mokra pogoda (a tak teraz jest) wpływa negatywnie na samopoczucie. Twierdzenie to głosiło, że sporo osób wtedy w depresję wpada...

Ja na szczęście takich problemów nie mam, ale rzeczywiście widać, że taka pogoda ma wpływ na ludzi. Nic się nie chce. Wszystko za ciężko. Wszystko denerwuje... No właśnie, denerwuje. To dotyczy mnie samego.

Bo jak widzę przez okno, albo słyszę po odgłosach dochodzących z parapetu, to mnie szlag trafia! Na spacer nie. Na lody nie. Książki po drodze poczytać nie. Bo pada! Ja rozumiem Aniołki, że patrząc na to, co się w Polsce dzieje, to się Wam płakać chce. Ale jak Wy wymiękacie, to co my mamy powiedzieć?

Składam petycję do Tego, który nad chmurami panuje,
Niech już nie leje, bo zwariuję!

poniedziałek, 9 lipca 2007

Wakacje

Uczniowie mają wakacje. Studenci mają wakacje. Nauczyciele i wykładowcy mają wakacje. Parlamentarzyści mają wakacje. Czyli słońce, plaża, lody, beztroska... Tak to sobie wyobrażałem... Najbardziej cieszyła mnie perspektywa spokoju na scenie politycznej. Będzie można odetchnąć. Ale nie!

Oj, jaki ja naiwny byłem! W sumie to dziwne, że jeszcze się nie przyzwyczaiłem, że nasz obecny rząd jest przecież wyjątkowy. Miało być spokojnie, a tu:
- poseł Zalewski zawieszony i postawiony przed sądem koleżeńskim;
- minister Ziobro musi się tłumaczyć z handlu narkotykami w jego ministerstwie;
- minister Lipiec ma kłopoty w związku z aresztowaniami przez CBA w COS;
- minister Religa grozi dymisją;
- premier Kaczyński mówi na PRRMnJG, że nie jestem polakiem;
- ojciec Rydzyk mówi, że pani prezydentowa to czarownica;
- minister rolnictwa Lepper już byłym ministrem;

W tej chwili najbardziej interesujące są dla mnie trzy ostatnie sytuacje.

Na "Pielgrzymce Rodziny Radia Maryja na Jasnej Górze" cały nasz rząd występuje w roli rządu - tak są przedstawiani i jako tacy są traktowani, oraz tak przemawiają (jako rząd RP). Postępując tym samym wbrew Art. 25. Konstytucji RP, który mówi:
"Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym."
Ja rozumiem, że na Mszę może każdy chodzić, ale przedstawiciele naszego kraju, jeśli już chcą na Mszy Świętej reprezentować rząd i tym samym kraj, to mogliby robić to na Mszach sprawowanych przez księży o nieposzlakowanej opinii. Choć pewnie i to byłoby wbrew podanemu wyżej artykułowi.

Tym bardziej boli fakt, że w swoim przemówieniu premier powiedział: "Polska jest tutaj". To w takim razie gdzie ja jestem? Ja nie jestem polakiem, bo nie pojechałem na pielgrzymkę czcić manipulatora? Ale zostawmy już tę sprawę, bo równie ciekawe są następne, które po tej bezpośrednio następowały.

Dzień po pielgrzymce w prasie i w innych mediach ukazuje się treść wykładów prowadzonych przez znanego wszystkim Redemptorystę. Nie będę przytaczał ich treści, bo i tak większość wie o co chodzi. A tym, których w jakiś sposób to ominęło polecam zajrzeć tutaj.

I co dzieje się dalej? Ojciec Rydzyk tłumaczy na antenie RM i TVT swym wiernym, że to jest manipulacja, by odciągnąć uwagę od wielkiego święta, jakie miało miejsce na JG. Co ciekawe, ani razu nie stwierdził, że nie powiedział tego, co zostało upublicznione.

Opozycja rządowa grzmi, koalicja milczy. Prokuratura w Toruniu oświadcza, że zajmie się sprawą. W końcu nie ma wyjścia. Przecież publiczne znieważenie głowy państwa jest przestępstwem ściganym z urzędu.

Tuż przed godziną 20. dowiadujemy się, że A. Lepper przestał być ministrem z decyzji prezydenta na wniosek premiera (motyw CBA na karku A.L.). Pojawiają się głosy, że sytuacja została sprowokowana, by odciągnąć uwagę gawiedzi od sprawy dyrektora RM.

Mamy więc sytuację, w której sensacja tuszuje sensację!

WoW! A to dopiero początek wakacji!

========================================================
PS naszły mnie pewne myśli i postanowiłem je dopisać. [10.07.07]

Zwróćcie proszę wszyscy uwagę na fakt, kiedy została ogłoszona o rozwodzie z panem L. Nastąpiło to w momencie emisji telewizyjnych “Wiadomości”. Zatem w momencie, gdy przed telewizorami siedział ogrom polaków. A jak odciągnąć uwagę gawiedzi od jakiejś sensacji (taśmy Rydzyka)? Dać im nową sensację - rozłam.

Na pewno pan K. wiedział dużo prędzej o sytuacji z CBA. I oczywistym jest, że zamierzał to wykorzystać. Czekał tylko na odpowiedni moment. I w końcu nadeszła taka możliwość, by wywlec to na światło dzienne. Zresztą nie tyle możliwość, co przymus.

Wiemy bowiem wszyscy, że moherowy elektorat jest dla PiSu bardzo ważny i niezbędny, by liczyć się znacząco w polityce. Zatem premier nie mógł sobie pozwolić na komentarz o taśmach, bo niezależnie od tego co by powiedział, byłoby dla niego źle. Znalazł więc inne, jak widać skuteczne rozwiązanie.

niedziela, 8 lipca 2007

Szczęście

Szczęście. Każdy z nas pragnie szczęścia. Szczęścia w znaczeniu bycia szczęśliwym, a nie naprzykład szczęścia w grach liczbowych. Bo to jest fart. O szczęściu swój felieton w magazynie "Sens" 1/2007 napisał ks. prof Adam Boniecki (na zdjęciu), redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego".

Pisze On m.in. tak:
"Będąc już starym człowiekiem, stwierdzam, że przeżycie szczęścia zwykle czekało na mnie nie wtedy i nie tam, gdzie go szukałem... [...] Zjawiało się też wtedy, gdy spotykany po latach niewidziany przyjaciel okazywał się dowodem na to, że przyjaźń nie umiera."

I dalej, bardzo ważne:
"To były chwilowe szczęścia. One pomagają żyć, ale życie szczęśliwe nie na nich polega. [...] Filozofia życia szczęśliwego opiera się na szukaniu czegoś innego niż szczęście."

"Szczęśliwi są ubodzy (nie bogaci),
ci, którzy się smucą (a nie wiecznie zadowoleni),
cisi (nie ci, którym się udało za doznane zło się zemścić)."


"Jeżeli ci się przyśni
Gałąź kwitnącej wiśni,
To wiedz, że to znaczy szczęście.
Bo wiśnia we śnie znaczy,
Że koniec twej rozpaczy
I że szczęśliwy będziesz coraz częściej."
[K.I. Gałczyński]

Jaką więc mamy receptę na osiągnięcie szczęścia? Pragnąć szczęścia innych. Czyli miłować.

sobota, 7 lipca 2007

Super(?)market

Wybrałem się dzisiaj całkiem przypadkiem, nieplanowanie do tzw. supermarketu jednej z ogólnopolskich sieci tych placówek. Były tam banany w atrakcyjnej cenie. Co prawda jeszcze w dużym stopniu zielone, ale przecież "dojdą do siebie". I nie muszą tego w sklepie robić.

Wybrałem więc sobie kiść, zapakowałem do siateczki i położyłem na wagę. Niestety waga stoi tam tylko do celów orientacyjnych. Nie ma tam bowiem możliwości wydrukowania naklejki z nazwą produktu, jego wagą i ceną. Waga wskazała, że banany ważą 0.94 kg. Uradowany, że w kilogramie się zmieściłem, powędrowałem do kasy.

I tu zonk. Przy kasie jest waga, która służy również jako czytnik kodów kreskowych. Pan kasjer kładzie moje banany na ową wagę. Przelicza wartość i podaje cenę. Myślałem, że się przesłyszałem, więc poprosiłem o powtórzenie. Okazało się, że mój słuch jest dobry, tylko waga sprawia problemy. Wg wagi przy kasie moje banany ważą 1.3 kg, co nijak się ma do wartości pokazywanej przez wagę przy stoisku. Nie jest mi wcale żal tych pieniędzy, które musiałem dopłacić, bo to niecała złotówka była. Dziwi mnie jednak i denerwuje reakcja kasjera, który rozłożył tylko bezradnie ręce. Pojawia się pewne oszustwo, a on tylko niewinną minkę robi.

Co ciekawe, już wcześniej miałem "przygody" z tym sklepem. Chciałem zakupić masło. Niestety nie było tego, które kupowałem ostatnio, a na jego miejscu były dwa inne rodzaje. Niestety nie było żadnej informacji co do ceny tego nabiału. Ale jak trzeba kupić, to trzeba. Wybrałem więc jedno i udałem się do kasy. A tam znowu szok. Masło było 1/3 droższe niż to poprzednie. Zapytałem więc kasjerkę, czy mogę iść zamienić na to drugie. Zgodziła się i poszedłem.

Wróciłem z drugim, czekam na podanie ceny, i... Zgadnijcie? Szok! Kosztuje tyle samo, co to, które przyniosłem przed chwilą. W sumie nie ma co się dziwić, skoro kasjerka do wbicia kodu kreskowego użyła tej samej karteczki, co poprzednim razem. Wzbudziło to moje zainteresowanie. Zapytałem więc, dlaczego do dwóch różnych produktów, różnych producentów używa tego samego kodu kreskowego? Stwierdziła, że to jest kod na te masła... Pytałem więc dalej, dlaczego na półce nie ma karteczki z ceną tego produktu? Odpowiedziała: "bo mam ją tutaj", pokazując tę samą karteczkę o której przed chwilą wspominałem!

Tego było już za wiele. Zapytałem ze złością: "czyli klienci muszą w ciemno kupować"? Jaka byla reakcja kasjerki? Niespodzianka - bezradnie rozłożyła ręce i zrobiła niewinną minę...

Wydawałoby się, że atrakcji już wystarczy. Ale nie. Znalazłem tam kiedyś budzik. Informacja o produkcie była taka: "budzik radiowy". Myślę sobie fajna sprawa, radio będzie mnie do pracy budzić. Taki naiwny byłem. Okazało się, że ta "radiowość" budzika polega na tym, że może on być "synchronizowany falami radiowymi"... Specem od języka polskiego nie jestem, ale wydaje mi się, że określenie "budzik radiowy" jest określeniem co najmniej naciąganym. Jeśli nie w ogóle kłamstwem nie jest...

Z każdą kolejną tego typu sytuacją mam coraz większe przekonanie, że pracownicy tej firmy muszą przejść obowiązkowe szkolenie pt. "KLIENT - NASZ PAcaN, czyli sztuka oszustwa i obrona przez udawanie niewiniątka".

Z litości oraz, by nie robić antyreklamy nie podam nazwy tego sklepu. Ale inteligentny czytelnik bez trudu się domyśli spoglądając na fotografię przy tekście. ;)

piątek, 6 lipca 2007

Dyskusja

Skacząc sobie po blogach trafiam w różne, czasem dziwne, czasem śmieszne miejsca. Zdarza się nawet czasem coś normalnego! No i tak czytam sobie posty, czasem coś skomentuję. A gdy to zrobię, zapisuję adres bloga w zakładkach, by nie przeoczyć ewentualnej odpowiedzi na mój komentarz.

Bardzo często zawiązuje się dość ciekawa dyskusja, czyli dzielenie się faktami, wymiana poglądów i opinii. Zdarzają się również całkiem poważne dyskusje w których wszystkie strony w niej uczestniczące przekazują to co mają do powiedzenia. Niby ok, ale...

No właśnie. Jest pewne "ale". Mianowicie niezwykle powszechne są sytuacje w których rozmówcy nie zależy na tym, by dowiedzieć się czegoś nowego, ciekawego, a może nawet zaskakującego w kwestii tematu dyskusji, co mogłoby sprawić, że zmieni swe zdanie na dany temat. Dla wielu dyskusja to "przekonanie innych o swojej racji". Wtedy rozmowy niestety w kłótnie mogą się przerodzić.

Zdarzają się też sytuacje takie, że ktoś z góry stwierdza, że dyskusji nie podejmie, pisząc: "o ja, gdzie ja zabrnąłem. Już mnie tu nie ma." I odpowiedź: " i słusznie, ja też nie czytam blogów tych, którzy mają inne poglądy po co się denerwować". Przyznając się tym samym, że nie zależy im w ogóle na konstruktywnej dyskusji.

Najciekawszym typem blogujących są osobniki moderujące komentarze. To tak, jakby powiedzieć: "napisz komentarz pochwalny, abo twoja wypowiedź się nie ukaże". Najczęściej tego typu zagrania na fotoblogach nożna znaleźć. Ale jak pięknie wygląda blog z samymi pochwałami! Jak to cudownie ego łechta!

Ja jednak wolę podyskutować...

czwartek, 5 lipca 2007

Przedwiośnie

Pozycja znana chyba każdemu. A przynajmniej powinna być. W podręcznikach do języka polskiego pisze się o niej mniej więcej tak:

Przedwiośnie
Stefan Żeromski
1924
Dwudziestolecie międzywojenne

Powieść Żeromskiego stanowi autorski osąd pierwszych lat niepodległości Polski i ukazuje konieczność reform. Młody bohater Cezary Baryka po śmierci rodziców trafia do znanej jedynie z ojcowskich wyidealizowanych opowieści Polski – kraju „szklanych domów”. Poznając kraj bohater coraz mocniej miota się wśród sprzecznych poglądów społecznych i politycznych.

Gdyby ktoś zadał mi pytanie, jakiego rodzaju jest to powieść, miałbym spory dylemat. No bo czym właściwie ona jest? Powieścią polityczną? Obyczajową? Kryminałem? Romansem? Wszystkim po trochu! I właśnie dlatego jest to jedna z moich ulubionych książek! Bo niezależnie od tego, jakich wrażeń szukasz, w tej książce je znajdziesz!

Chcesz przeżyć szok czytając książkę? Lepiej trafić nie mogłeś! Pamiętam bardzo dobrze, jak wielkie oczy zrobiłem, i jak przecierałem je ze zdumienia, by po chwili turlać się ze śmiechu.

W pozycji tej jest tylko jeden przypis. Napisany przez samego autora. Jest to przypis bardzo niezwykły i to nie ze względu na jego wielkość (1/2 strony) lecz z uwagi na jego treść. Odnosi się on do sytuacji, gdy Cezary i Laura "konsumują" swój romans:

"[...] Wtedy dwa obnażone ramiona ujęły jego kędzierzawą głowę i odwróciły ją od okna. Śmiech radości zabrzmiał. Cezary stoczył się z podwyższenia przy oknie w objęcia czystego szczęścia.* [...]"

I sam przypis:
* Pruderia autora i głęboki szacunek wobec pruderii czytelni-ka(-czki), a nade wszystko czołobitność wobec superpruderii krytyka, nie pozwala na przytoczenie szczegółów i perypetii tego wieczora, które się dokonały w zamkniętym na klucz pokoju pani Laury. Dziś nie możemy iść śladem wielkich ojców twórczości, czczonych powszechnie. [...]

I tutaj, w tym poziomym i przyziemnym "Przedwiośnia" żywota, najistotniejszy, najzdrowszy, najtęższy obraz przedwiośnia i zdrową, tryskającą życiem treść jego musimy zamknąć na klucz i pozostawić niezdrowej, zepsutej, pełnej cynizmu "domyślności" cytelni-ka(-czki)."

Może by tak jakiś sondaż przeprowadzić, by dowiedzieć się co też ci czytelnicy wstawili sobie w miejsce "autocenzury"? ;) Mogłoby to nawet być ciekawe zwłaszcza, że większa część czytelników tej książki to licealiści. Okazałoby się, jaką to "niezdrową, zepsutą i pełną cynizmu" młodzież mamy. ;)

PS Jeśli ktoś nie ma w swych zbiorach tej wspaniałej książki, a chciałby sobie przeczytać/przypomnieć, to wystarczy odwiedzić Wirtualną Bibliotekę Literatury Polskiej i pobrać "Przedwiośnie". Jest to plik pdf. Niestety jest to wersja bez wspomnianego wyżej przypisu. :(

środa, 4 lipca 2007

Urodziny

Dzisiaj pozwolę sobie na odrobinę prywaty. A co! Raz, nie zawsze. W końcu nie co dzień ma się urodziny. :)

Nie tylko amerykanie mają dzisiaj święto. Ja też. I z tej okazji chciałbym zaprosić wszystkich, którzy tu zajrzą na tort urodzinowy. Niestety, nie zmieściło się na nim tyle świeczek ile powinno, ale dzięki temu mogę zachować informację o swej starości dla siebie. W końcu na blogu nie jest ważne ile się ma lat, ale co ma się do powiedzenia.

Mam nadzieję, że przez te ponad dwa tygodnie prowadzenia bloga, co nieco już przekazałem. co więcej, mam zamiar robić to dalej!

I sobie, i Wam drodzy Internauci życzę, by pojawiały się tu same wartościowe rzeczy. By było co czytać, oglądać i o czym dyskutować. Oraz byśmy za rok spotkali się tu w jeszcze większym gronie!

A teraz smacznego! Tort jest Wasz!

wtorek, 3 lipca 2007

Promocja

Zastanawia mnie, jak dziwne, śmieszne i niezrozumiałe promocje może wymyślić producent, by przyciągnąć klientów? Myśl taka odwiedziła me deficytowe szare komórki, gdy zobaczyłem opakowania pewnego szybkoschnącego superkleju. Widniał na nich wizerunek Pudziana w różnych "pozach".

Sporo czasu poświęciłem na zrozumienie, czemu to ma służyć. I pozostało to dla mnie nieodgadnione. Bo nie wyobrażam sobie, żeby jakaś fanka siłacza postanowiła kupić klej szybkoschnący tylko dlatego, że zobaczyła na nim swojego idola. Poza tym, gdyby jednak zdecydowała się na zakup, srodze by się zawiodła, gdyby chciała kiedyś z tego kleju skorzystać. Bo przy otwieraniu opakowania podarłaby "strongmena".

Ale moje myślenie nie poszło całkiem na marne. Zaczęły mi się przypominać różne promocje, o których myślę, że warto tu wspomnieć. Przede wszystkim, z racji mojego zawodu (wykonywanego, nie miłosnego), kwestia dodatków do gazet i/lub czasopism. (Pominę tu kwestię prowokowania skandalu nieprzyzwoitą okładką, bo o tym już pisałem.)

Wszyscy już chyba przyzwyczailiśmy się, że prawie każdą gazetę i/lub czasopismo można kupić z jakimiś dodatkami. Niby są to gratisy. Ale nie takie zwykłe. Za te gratisy trzeba dopłacić. I to czasem całkiem sporo. Pionierem w dziedzinie dodatków jest tzw. kolorowa prasa kobieca, młodzieżowa i dziecięca. (Widocznie marketingowcy stwierdzili, że faceta nie ma co kusić, bo i tak się nie da.)

Mamy więc do wyboru:
- filmy i bajki na DVD
- torebki
- okulary
- parasolki
- lampki ozdobne
- suszarki
- portfele
- portmonetki
- kosmetyczki
- zestawy do manicure
- zestawy do pedicure
- deski do krojenia
- solniczki i pieprzniczki
- tacki na owoce
- błyszczyki do ust
- diody do komórek
- zośki
- notesy
- płaszcze przeciwdeszczowe
- czapki i szaliki
- poncza
- golarki
- szczoteczki do zębów
- pluszaki
- zabawki
... i inne (najczęściej) badziewia.

Długo by wymieniać. Niestety większość z tych prezentów okazuje się być niewiele wartą tandetą. Samo jednak istnienie dodatków do gazet to wielki sukces marketingowców. Bo dzięki temu przedsięwzięciu klient niejako przypadkiem, przychodząc do salonu prasowego, zauważy coś "ciekawego" i to kupi.

I tu jest rzecz najciekawsza. Człowiek przychodzi do salonu prasowego np. po papierosy, ale widzi na ladzie gazetę z tacką na owoce. "Ale ładna" - mówi i się jej przygląda. Sprawdza cenę. Zastanawia się głośno "ale czy mi się to przyda?". I w końcu kupuje. Patrzy dalej. Zauważa coś. "Ale ładne" - mówi... Itd. Człowiek wszedł po papierosy, a wychodzi z pełną siatką gratisów. Najczęściej, klient zanim wejdzie do sklepu wcale nie wie, że potrzebuje tego, co za moment kupi!

Ludzie w większości przypadków mają bowiem mylne przekonanie, że jak coś jest dołączone do gazety, to jest tanie. Kupując to ma wrażenie, że właśnie załapuje się na superniepowtarzalną promocję. A jak promocja, to trzeba brać. Przecież się opłaca! Mam przegapić okazję?

W ten sposób doszliśmy do sytuacji w której salony prasowe, choć standardowo sprzedają tylko gazety, mają asortyment szerszy niż niejeden osiedlowy czy wiejski sklep wielobranżowy! Bo do supermarketu to jednak troszkę brakuje. Nie było jeszcze odważnych, by dołączyć do prasy proszek 5 kg.

Na koniec zostawiłem sobie rarytasik z jednego z supermarketów. Co prawda sprzed kilku lat, ale jest to hit nad hitami i ze wszech miar warty odnotowania. Promocja jest tak niesamowita, że gdy mój brat, choćby przypadkiem powie pierwszy człon hasła tej promocji, ja automatycznie dopowiadam resztę. I na odwrót. A to hasło brzmi:

ALE JAJA - ROWER GRATIS!

Chodziło generalnie o to, że przy zakupie wytłoczki jaj dostawało się rower górski! Gdzie tu haczyk? Wytłoczka kosztowała 250zł. Zatem przyjmując hasło reklamowe za prawdę, wychodzi na to, że decydując się na zakup tych jaj płaciło się ponad 8zł za sztukę. Aż szkoda jajecznicę z takich jaj robić...

PS PROMOCJA! Tego bloga możesz czytać za darmo! Plus GRATIS - za komentarze też nic nie płacisz! To super OKAZJA! :D

poniedziałek, 2 lipca 2007

Desperat

Dużo czasu zajęło mi podjęcie tej decyzji. Musiałem przeanalizować wszystkie za a nawet przeciw... Ale przede wszystkim musiałem przygotować się psychicznie na konsekwencje, jakie mogą nastąpić.

W końcu jednak zdecydowałem się. Postanowiłem opublikować swą "twórczość" o której już wcześniej wspominałem tu i tu. O tym, jak trudna była decyzja o publikacji niech świadczy fakt, że rzeczowe nagranie ukazało się na YouTube już 25. czerwca. Dzisiaj jest 2. lipca. Zatem cały tydzień był potrzebny na zdecydowanie się...

Ale w końcu postanowiłem. To był istny akt desperacji. ;) Nie ważne jednak, jak było. Ważne, jak jest. A jest tak:


Czekam na wasze SZCZERE komentarze. Jestem przygotowany na przyjęcie każdej krytyki. Sam jestem bardzo ciekaw, jakiej jakości jest to coś... Przypomnę jednak, że to mój pierwszy raz w tej dziedzinie. :)

niedziela, 1 lipca 2007

Musical

Czasem człowiek aż żałuje, że znalazł coś w internecie. Gdy się szuka czegoś konkretnego, to najczęściej trudno to znaleźć. Gdy jednak przeszukuje się internet tylko po to, by znaleźć coś interesującego, ciekawego itd. można natrafić na coś... W sumie to nie wiem, jak nazwać to co znalazłem? Coś obrzydliwego? Coś niesmacznego? Czy może coś skandalicznego?

Myślę tu o filmiku, który z założenia jego twórcy jest musicalem. No i niby ok. Co w tym złego, że ktoś musical nakręcił? Niby nic, ale jeśli weźmie się pod uwagę główną postać w nim występującą, sprawa robi się nieciekawa.

Może nie będę od razu zdradzał o co dokładnie chodzi, tylko najpierw zacytuję kilka komentarzy internautów do tego filmu. Najpierw te, pod którymi ja mógłbym się podpisać:

"fuking shit"

"thats really messed up."

"funny as hell"

"Awesome! "

Na 82 komentarze, tylko tyle niezachwalających. Reszta była w stylu:

"hhhhahahahahah this is hilarious"

"haha this is the funniest thing ive seen in a long time"

"wow... this is soo funy"

"its soooooooooooooooooooooooooooooooooooooo funny!"

itd. itp.

Wywiązała się również mała rozmowa między osobą, która opublikowała ten filmik a widzami.
Nim jednak ją przytoczę proponuję najpierw zapoznać się za materiałem o którym mowa: video.

A oto ten wspomniany wyżej dialog. Dla ludzi nieangielskich umieszczam (luźne) tłumaczenie.

"That was the most messed up thing I ever seen. I will kick your ass in heaven! that was not cool you damn Jew!"
[To był największy burdel, jaki kiedykolwiek widziałem. Skopię ci tyłek w niebie! To nie było cool ty pieprzony Żydzie!]

"Ooohhh you will kick my ass in heaven??? now I`m really worried...hahahaha. By the way the video is cool and I`m not Jew but atheist."
[Ooohhh skopiesz mi tyłek w niebie??? Teraz jestem naprawdę przerażony... hahahaha. Przy okazji, film jest cool a ja nie jestem Żydem ale ateistą.]

"Think about this. What if you are wrong and God(Jesus) exists? Aren't you afraid of hell? Don't you worry about what might happen to you when you die?"
[Pomyśl o tym. Co, jeśli jesteś w błędzie i Bóg (Jezus) żyje? nie boisz się piekła? Nie obawiasz się tego, co może się z tobą stać, gdy umrzesz?]

"I respect your religious choice but I`m not going to believe in something by precaution. I`m a good person and if heaven exists I`m pretty sure I`ll get in. This video is not an offense to catholic people, just a joke."
[Szanuję twój religijny wybór, ale ja nie będę wierzył w coś przez ostrożność. Jestem dobrym człowiekiem i jeśli niebo istnieje, jestem pewien, że się tam dostanę. Ten film nie jest atakiem na Żydów, to po prostu żart.]

Osobiście mam wątpliwości, czy "dobry człowiek", do tego "szanujący religijne wybory" innych pozwoliłby sobie na robienie "żartów" z tak delikatnej materii, jaką jest religia. A tym bardziej nie wydaje mi się, że taka osoba "dostanie się do nieba". Ale nie mnie oceniać...

Przeraża mnie jednak ilość i odsetek komentarzy ludzi zafascynowanych tym "dziełem". :(