sobota, 30 czerwca 2007

Pieszy

Jak wiadomo, edukuję się ostatnio w dziedzinie przepisów ruchu drogowego. Okazuje się, że lektura podręcznika kandydata na kierowcę wcale nie musi być nudna. Dowiedziałem się bowiem pewnej dość ciekawej rzeczy, o której chciałbym opowiedzieć. I nie będzie to wcale informacja, że motorower, który jak wiadomo ma silnik, nie jest pojazdem silnikowym. Mam tu na myśli rolę pieszego w ruchu drogowym.

Podręcznik tak definiuje pieszego:
PIESZY - osoba znajdująca się poza pojazdem na drodze i nie wykonująca na niej żadnych czynności przewidzianych odrębnymi przepisami; za pieszego uważa się również osobę prowadzącą, ciągnącą lub pchającą rower, motorower, motocykl, wózek dziecięcy, podręczny lub inwalidzki, osobę poruszającą się w wózku inwalidzkim, a także osobę w wieku do 10 lat kierującą rowerem pod opieką osoby dorosłej.

No i wszystko jasne i wszyscy zapewne o tym wiedzą. Ale, czy wszyscy wiedzą również o tym, co w podręczniku wypisane jest wytłuszczonym drukiem i w czerwonej ramce? A mianowicie:

Jeżeli w związku z naszą zbyt dużą prędkością pieszy zwolni kroku, zatrzyma się lub przyspieszy, będzie to oznaczało wymuszenie pierwszeństwa.

Ktoś może powiedzieć, że to normalne, bo chodzi o naszą zbyt dużą prędkością. Niby tak, niby normalne. Ale wyobraźmy sobie taką sytuację z punktu widzenia pieszego. Idę sobie chodnikiem i mam zamiar przejść na drugą stronę ulicy. Staję przy pasach i oceniam sytuację. Stwierdzam, że zdążę przejść przed nadjeżdżającymi samochodami. Gdy w połowie drogi orientuję się, że nadjeżdża samochód z tabliczką "L" na dachu, postanawiam nie utrudniać mu jazdy i przyspieszam kroku, by jak najszybciej zejść z jezdni.

I co na to instruktor? Lub nie daj Boże egzaminator? Może stwierdzić, że wymusiliśmy pierwszeństwo. I egzamin oblany. Co z tego, że jechaliśmy przepisowe 50 km/h? Nic! Bo instruktor/egzaminator może stwierdzić, że mieliśmy "zbyt dużą prędkość"! A pieszy chcąc dobrze powoduje czyjąś tragedię.

Kierowca "ma rację" tylko wtedy, gdy pieszy wejdzie na jezdnię w niedozwolonym miejscu, na jego (pieszego) czerwonym świetle lub, gdy wejdzie niespodziewanie na drogę z prawej strony. W tym ostatnim przypadku mamy możliwość użycia jako obrony pojęcia "wtargnięcie", które jest adekwatne do sytuacji.

Dlatego apeluję do wszystkich pieszych:
Bądźcie świadomi swej "władzy" i nie psujcie tym marzeń innych.

piątek, 29 czerwca 2007

Gracze

Dobrze jest pracować w salonie prasowym. Czasem, gdy przypadkiem zdarzy się, że jest troszkę luzu, można przejrzeć sobie gazetki. :) Dzisiaj sięgnąłem po Focus Ekstra [numer specjalny 6/2007]. Magazyn ten zawiera "225 najdziwniejszych pytań i odpowiedzi". Wśród tych pytań znalazłem takie: "Czy gry komputerowe to domena nastolatków?"

Firma SMG/KRC przeprowadziła w Polsce badania na ten temat. Wyniki są, jak dla mnie, bardzo uspokajające. Okazuje się bowiem, że dzieci to tylko nieco ponad 25% populacji gracy! Niecałe 34% to młodzież. A gracze powyżej 20-tego roku życia to ponad 40%. Co więcej, co dziesiąty gracz skończył już trzydzieści lat! Czyli nie jestem niedorozwój, i jeszcze długo nie będę. :D

I jak to się ma do odzywek typu: "jak dziecko", "gry są dla dzieci" itp., które słyszę, gdy ktoś zauważy, że gram. Poza tym, gdyby gry były tylko dla dzieci, to instytucja taka jak PEGI nie miałaby racji bytu. Bo poco tworzyć oznaczenia treści i klasyfikacje wiekowe, skoro z góry wiadomo, że gry to dla dzieciaków są.

Poza tym, analizując rynek gier komputerowych z ostatnich kilkunastu lat, a w tym orientuję się akurat bardzo dobrze, mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że gry komputerowe tworzone specjalnie dla małolatów to "rzadka rzadkość". Znakomita większość gier to pozycje z treściami przeznaczonymi nie dla najmłodszych lub po prostu dla nich zbyt skomplikowane.

Wiem przecież, jaki mam problem, gdy w pracy pojawi się rodzic, który zapragnął uszczęśliwić swą pociechę grą komputerową, a ja mam pomóc w wyborze. Gier w sprzedaży mamy naprawdę sporo. Ale nie dla dzieci. A jeśli już się taka gra znajdzie, to jest to najczęściej tytuł, który z prawdziwą grą "z krwi i kości" ma tyle wspólnego co kości psa z kościami do gry.

Szczerze mówiąc, czasem jest mi aż żal klientów, którzy wydają kasę na badziewie, które nawet na podkładkę pod kubek się nie nadaje...

czwartek, 28 czerwca 2007

Kto to

Na dzisiaj przygotowałem zagadkę.
Zasady są proste. Ja przedstawię kilka(naście) faktów z biografii pewnej osoby, a zadaniem Czytelnika będzie odgadnięcie o kogo chodzi.

No to zaczynamy!


1. Urodził się w Olkuszu w biednej rodzinie.
2. Miał piątkę rodzeństwa.
3. Bił swoją matkę.
4. Pewnego dnia wyjechał na kilka dni do Tuchowa, nie uprzedzając rodziców.
5. Jego ojciec wyprowadził się z domu, by ten mógł wstąpić do seminarium.
6. Na początku uważany za księdza z powołania.
7. Zajmował się młodzieżą.
8. Wprowadził Msze "big-bitowe".
9. W drugiej połowie lat 80-tych wyjechał na pielgrzymkę do Rzymu i nie wrócił. Zaginął.
10. Po kilku miesiącach odnalazł się w polskiej misji katolickiej w Monachium.
11. Chciał być księdzem w Niemczech.
12. Po organizacji pielgrzymek stwierdził: "Nie wyobrażasz sobie, jak się te babcie goli. [...] A z takiej jednej pielgrzymki przywiozę więcej forsy niż wszyscy misjonarze przez cały rok."
13. Wrócił do Polski by założyć swoją działalność.
14. Przekopano grób jego ojca, bo nikt się nim nie zajmował.
15. Wyrzekł się swej rodziny.
16. Nie odwiedza sparaliżowanego brata - Zygmunta.
17. Poznawał swój fach w Niemczech na Bawarii.
18. Prowadził bez zezwolenia MSWiA publiczną zbiórkę pieniędzy, nie podając przy tym ile pieniędzy zebrano i nie przekazano ich tym, dla których zbierano.

Więcej informacji nie podam, bo każdy kolejny fakt, jaki przychodzi mi do głowy sprawiłby, że zagadka stałaby się zbyt prosta. A już teraz nie jest za trudna...

Czy już wiadomo o kogo chodzi?
Sprawdź zatem, czy wiesz o kim mowa - odpowiedź.

Więcej informacji oraz źródło tych, podanych powyżaj - tutaj.

środa, 27 czerwca 2007

Napiszę

Chciałbym dzisiaj przedstawić treść jednego ze znalezionych przeze mnie blogów. Stylistyka i ortografia zachowana w oryginale: "Dziś założyłam bloga .Po co?Zebyście sobie poczytali jakie mam dziwne życie.Samotne,ale zwariowane.Jutro napiszę więcej...........Napewno."

Dodam od razu, że to jest CAŁA zawartość bloga! I niby nic w tym dziwnego. W końcu jakoś trzeba zacząć. Problem jednak w tym, że nota ta została napisana 12. marca 2006 roku! I jak do tej pory nic więcej się nie ukazało. Nic z wyjątkiem komentarzy w liczbie 22. W sumie jak na taką notkę, to całkiem niezły wynik! Zwłaszcza w porównaniu z liczbą komentarzy na moim blogu.

W sumie to nie mam ani pretensji, ani żalu do autorki tego niedoszłego bloga. W końcu różnie w życiu bywa. I nie zawsze tak, jak byśmy to sobie zaplanowali. Dlatego nie warto twierdzić, że coś się zrobi napewno...

Zostawmy już tę biedną "autorkę" i skupmy się na komentatorach od siedmiu boleści. A raczej spamerach. Bo jak inaczej można nazwać osobników, którzy wypisują takie rzeczy, które za moment zacytuję (bez ingerencji w styl i ortografię).

Na dobry początek:
"fajn y blog zapraszam do mnie http://[tu_adres].pl. dopracuj go i odwiedzaj go czesciej jakies notki tez by sie przydaly
pozdro"
Ciekawi mnie na jakiej podstawie ten ktoś twierdzi, że blog jest fajny, skoro sam zauważa, że jakieś notki by się przydały. Zawsze myślałem, że to właśnie notki decydują o tym, czy blog jest fajny.

Kolejny przykład:
"Siema! Fajny blog! ZApraszam na mojego www.[tu_adres].pl i prosze o komentarze:))) Nara:*"
Pozostawię to bez mojego komentarza. :)

Dalej podobnie:
"FAJNY BLOG! ZAPRASZAM: www.[tu_adres].pl"
...

Ale nie musi być aż tak źle:
"Witaj, jeśli lubisz opowiadania, to zapraszam do mnie. Może Ci się moja twórczość spodoba? (przepraszam za reklamę, ale od czegoś trzeba zacząć)"
Tu przynajmniej widzimy, że autor komentarza ma świadomość i nie ukrywa tego, że robi coś, czego robić raczej nie powinien.

I na koniec wisienka na torcik. Istny przebłysk geniuszu:
"Też miałam takie chwile w życiu... Jeżeli chcesz zobaczyć, że nie tylko Ty miewasz kryzysy - zapraszam na blog mojej przyjaciółki i mój..."
Jak widać komentatorka postanowił zaszaleć udając, że zadała sobie trud przeczytania notki! Niestety, jak można się domyślić, wcześniej trafiała ona tylko na blogi zrozpaczonych i załamanych ludzi. I chyba nie przewidziała, że może czasem trafić na miejsce w którym jej "szablon komentarza" nie będzie pasował.

Ciekawie w tym kontekście prezentuje się tytuł bloga: "z życia wzięte czytaj i łkaj lub śmiej się!!". Kłopot w tym, że nie wiadomo co zrobić. Śmiać się czy płakać?

Jeśli ktoś ma ochotę na dołączenie do grona komentujących martwy blog - zapraszam. :)
Wystarczy click.

wtorek, 26 czerwca 2007

Angela

Sporo zamieszania narobiła widoczna obok okładka tygodnika Wprost. Muszę przyznać, że gdy w pracy miałem wyłożyć ten magazyn na regał, to zrobiłem to z wielką niechęcią.

Ja rozumiem, że każdy ma prawo do krytyki. W końcu sam teraz to robię. Rozumiem też, że jest coś takiego jak satyra. Ale tworzenie fotomontażu na którym pokazuje się roznegliżowaną kobietę z twarzą głowy państwa (jednego z największych i najważniejszych), to delikatnie mówiąc - lekka przesada. Pomijam już fakt, że na tej okładce znajdują się też wizerunki panów K.

Przecież jeszcze nie tak dawno głośno było o satyrycznych fotografiach w niemieckiej prasie, gdzie porównywano jednego z braci Kaczyńskich do ziemniaka. Wszyscy wtedy grzmieli, że to nie w porządku, że szydzenie z głowy państwa (i to obcego) nie przystoi poważnej gazecie itd. itp. Dlaczego zatem my robimy to samo, co wcześniej nas oburzało i co krytykowaliśmy?

Piszę "my", bo tak jak wtedy my twierdziliśmy, że wszyscy Niemcy wyśmiewają się z naszych władz, tak teraz oni twierdzą, że my wszyscy śmiejemy się z ich pani kanclerz. Co można wywnioskować z lektury niemieckiej prasy.

Czy naprawdę musimy dolewać oliwy do ognia? Już wystarczająco mocno nasze narody są ze sobą zwaśnione. Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej po niedawnym szycie UE. Jeszcze dobrze nie opadł pył po trudnych negocjacjach, w których wg niemieckiej prasy najgorzej wypadł uparty Lech Kaczyński, a tu dajemy im kolejny dowód naszej niedojrzałości.

Co prawda można potraktować tę sytuację na zasadzie vice versa (ziemniaki), ale w stosunkach międzypaństwowych, polityce i w ogóle w ważnych sprawach należy wykazać się klasą. Szkoda, że ludzie z Wprosta tego nie wiedzą. Ale może to są typowe "wykrztałciuchy"...?

Całkiem prawdopodobne, że ta okładka to najzwyklejsza w świecie prowokacja, by zwrócić na siebie uwagę. By zrobiło się na ten temat głośno, a tym samym przyciągnąć na siebie uwagę potencjalnych klientów. Jeśli tak, to marnie im to wyszło. Bo jak Wprost leżał i kurzył się na półce, tak dalej leży i zbiera kurz...

I nie trzeba być Niemcem, by patrząc na tę okładkę czuć niesmak...

poniedziałek, 25 czerwca 2007

Elka

No to zaczęło się... Jestem już po odbyciu badań lekarskich dla kandydatów na kierowców, oraz po zapisie na kurs prawa jazdy. Teraz czeka mnie nauka przepisów, by nie wsiadać za kółko bez podstawowej wiedzy teoretycznej.
Ale to, co chciałem opowiedzieć dotyczy bardzo ciekawego dialogu podczas rejestracji do pani doktor. Ota, jaki wywiązał się dialog między mną (J), a Panią (P).

P: Okulary Pan nosi?
J: Nie.
P: Jakieś problemy ze wzrokiem?
J: Nie.
P: Jaloeś problemy ze *******?
J: Z czym?
P: Ze słuchem.
J: Nie! :D

No i jeszcze coś.
Jak już wcześniej pisałem - dzisiaj odbyło się rozstrzygnięcie konkursu "Skrzypiące drzwi akademika". Nadesłanych zostało 111 nagrań. Ja oczywiście nic nie wygrałem, ale tak sobie myślę, że znalazłem się w dość elitarnej grupie. W końcu 111 osób z całego kraju, to wcale nie tak dużo...
Tak sobie też myślę, czy by tutaj (na blogu) nie umieścić mojego "dzieła", bo bardzo jestem ciekaw co ludzie powiedzą...

niedziela, 24 czerwca 2007

29 miesięcy

To już 29 miesięcy... Tyle czasu jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi!!! Bo jak tu nie być najszczęśliwszym, jeśli Najcudowniejsza Osóbka na świecie daje mi sens życia, radość, humor, spokój, nadzieję, MIŁOŚĆ...

Dla Ciebie mogę być wszystkim, bez Ciebie jestem nikim...
Dla Ciebie mogę wszystko, bez Ciebie nie potrafię nic...
Dla Ciebie mogę być wszędzie, bez Ciebie nie ma mnie...

A kiedy przyjdzie już ten czas,
By pójść przez życie razem,
Pójdziemy zachwyceni wraz,
Miłość nam będzie drogowskazem.
A więc podajmy sobie dłoń
I złączmy serc swych bicie,
Wspólny nam los i wspólny dom
Na całe nasze życie!

KOCHAM CIĘ <:3~~

sobota, 23 czerwca 2007

Odstresowiacz

Czasami bywa tak, że mamy już wszystkiego dosyć! I to tak bardzo, że mamy aż ochotę coś zepsuć, rozwali, roztrzaskać. Byle tylko wyładować gromadzące się w nas emocje. Niestety nie zawsze mamy pod ręką (nogą) coś, co moglibyśmy bez większych wyrzutów sumienia unicestwić.

Dobrym i co ważniejsze sprawdzonym sposobem na odstresowanie jest gra komputerowa. Ważne jednak, by nie było to nic trudnego i skomplikowanego, bo w przeciwnym wypadku nasz poziom frustracji zamiast zmaleć to się znacząco podniesie.

Znalazłem ostatnio w internecie gierkę flasową, która znakomicie sprawdza się jako relaksator i poprawiacz humoru. "Miłość w biurze" - bo tak nazywa się gra, znajduje się tutaj.

Życzę powodzenia w miłości. I uważajcie na szefa. ;)

piątek, 22 czerwca 2007

Wojownik


Każdy wojownik światła bał się kiedyś podjąć walkę.
Każdy wojownik światła zdradził i skłamał w przeszłości.
Każdy wojownik światła utracił choć raz wiarę w przyszłość.
Każdy wojownik światła cierpiał z powodu spraw, które nie były tego warte.
Każdy wojownik światła wątpił w to, że jest wojownikiem światła.
Każdy wojownik światła zaniedbywał swoje duchowe zobowiązania.
Każdy wojownik światła mówił "tak", kiedy chciał powiedzieć "nie".
Każdy wojownik światła zranił kogoś, kogo kochał.

I dlatego jest wojownikiem światła.

Bowiem doświadczył tego wszystkiego i nie utracił nadziei,
że stanie się lepszym człowiekiem.

Jest to cytat z książki "Podręcznik wojownika światła" autorstwa Paulo Coelho. Pozycja ta została wydana przez wydawnictwo Drzewo Babel.

W książce tej, a właściwie książeczce, bo ma kształt i format opakowania na płytę CD, tylko prolog i epilog są fabularyzowane. Reszta to, jak wskazuje sam tytuł - podręcznik. Każda strona to jeden "utwór", który albo pokaże nam prawdziwe wartości w życiu, albo wyjaśni, dlaczego dzieją się na świecie pewne rzeczy, albo też podpowie jak radzić sobie i reagować na konkretne problemy.

Osobiście uważam, że książka ta jest co najmniej tak samo kojąca jak wszelkiego rodzaju "Balsamy dla duszy". Przedstawia ona bowiem to, co najpiękniejsze - prawdziwe (dobre) wnętrze człowieka. Po jej przeczytaniu przekonujemy się, lub utwierdzamy się w przekonaniu, że świat nie jest wcale taki zły, na jaki może wyglądać. Że dobro może czynić każdy, niezależnie od przeszłości.

Jest to zarazem jedna z niewielu książek, którą (dzięki jej układowi) możemy czytać na wyrywki. Np. jedna rada dziennie - na dobry początek dnia. Otrzymujemy zatem swoiste kompendium dobrych rad na każdą okazję.

I pamiętaj:
Ty też możesz zostać wojownikiem światła!

czwartek, 21 czerwca 2007

Skrzypiące drzwi

"Skrzypiące drzwi akademika" - taką nazwę nosił zakończony dzisiaj konkurs kabaretowy organizowane przez Polskie Radio Trójka. Polegał on na tym, że maturzyści i studenci mieli wysyłać do Trójki empetrójki z czymś śmiesznym. To coś śmiesznego mogło mieć dowolną formę dźwiękową: skecz, monolog, piosenka.

Szczerze mówiąc, sam nie wiem co mnie podkusiło, ale wysłałem tam swoje nagranie! Decyzja była nagła i spontaniczna. Pomyślałem "a spróbuję, co mi szkodzi". No i zabrałem się do pracy. Nagranie wg regulaminu miało być nie dłuższe niż 3 minuty. Pomyślałem więc, że nie muszę się tym przejmować, bo i tak nawet do 2 minut nie dojdę. Okazało się jednak, że nagranie musiałem nawet przycinać, bo przekroczyłem limit czasu!

A samo nagranie odbywało się późna godziną nocną, gdy pozostali domownicy już dawno spali. Musiałem więc mówić do mikrofonu na tyle cicho, by nikogo nie obudzić i na tyle głośno, by było mnie słychać w głośnikach. Nie wiem nawet czy mi się udało nie przerwać nikomu snów, ale mnie słychać. :D

Skecz nagrany przesłuchałem, przerobiłem i stwierdziłem, że... Nie nadaje się! Zabrałem się za przeróbkę tekstu. I znów musiałem skracać! Nagrałem ponownie, przerobiłem tak, by nadawało się do odsłuchu i wysłałem. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że przy wypełnianiu formularza zgłoszeniowego nie ma na koniec informacji, czy przesyłane zgłoszenie zostało pomyślnie dostarczone do odbiorcy. Zatem nie wiem nawet, czy moje nagranie dotarło tam, gdzie miało dojść. Ale przecież nie będę pisał w tej sprawie maili do Pana Andrusa.

I od tego momentu codziennie od poniedziałku do czwartku wyczekiwałem "Akademii Rozrywki" w Trójce. Takich dreszczy, jakie dostawałem gdy Pan Andrus zapowiadał nagranie nadesłane do konkursu, to ja nawet przy ogłoszeniu wyników z matury, czy innego kolokwium czy egzaminu nie miałem! A głos trząsł mi się tak, że podczas obsługiwania klientów w sklepie swoje wypowiedzi starałem się ograniczać do niezbędnego minimum. Szczerze przyznam, że przestraszyłem się swojej reakcji. Jak by jednak nie patrzeć, emisja własnego nagrania w najlepszym radiu to coś niesamowitego. Już samo to wystarczyłoby mi za nagrodę! Choć główna nagroda - 3 tysiące zł też by ucieszyła, nie powiem. ;)

Teraz jednak już na emisję mojego "dzieła" nie mam co liczyć. Co prawda do dzisiaj można było jeszcze nadsyłać nagrania, a ogłoszenie wyników w poniedziałek, więc może wygrać utwór nie emitowany na audycji, ale... Nie oszukujmy się. Totalny amator w kwestii pisania skeczy nie może łudzić się, że wygra z innymi kabareciarzami z prawdziwego zdarzenia. I to z całej Polski.

Mimo wszystko jestem bardzo zadowolony, że podjąłem taką a nie inną decyzję. I ją zrealizowałem! Bo w niczym i nikomu to nie zaszkodziło, a ja miałem fantastyczne przeżycia. :D

A teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko wyczekiwać poniedziałku - ogłoszenia wyników. I pośmiać się ze zwycięzców. A raczej ich nagrań. :)))

środa, 20 czerwca 2007

(_!_)

Wracam sobie grzecznie po pracy do domku, a jako, że znowu zrobiło się troszkę cieplej, sporo osób postanowiło odkryć troszkę więcej swego ciała niż zwykle. Pech chciał, że akurat przede mną szła kobieta, która postanowiła iść na całość. W ogóle, to ona jest bardzo znana w mieście ze względu na swą lubość do ekstrawaganckich strojów. Ale teraz przeszła samą siebie!

Przez moment zastanawiałem się nawet, czy to, co ona ma na biodrach założone, to rzeczywiście spodenki, czy po prostu trochę szerszy pasek... Gdyby pośladki nie były na stałe połączone z ciałem, to ona już dawno by swoje zgubiła... :/

Oczywiście nie mam nic przeciwko damskim pośladkom, ale nie lubię gdy niejako zmusza się mnie do ich "podziwiania". I to zupełnie obcej mi osoby! Ja wiem, że ubiór to kwestia gustu, a o gustach się nie dyskutuje. Wiem też, że ta kobieta lubi przyciągać na siebie uwagę strojem. Ale na miłość Boską! Gust gustem, ale jest jeszcze coś takiego jak dobry smak. Jest pewna granica, której nie powinno się przekraczać. Są pewne obyczaje kulturowe, których nie powinno się łamać...

Tak się niestety złożyło, że podążaliśmy w tym samym kierunku. Jako, że nie zwykłem rozpaczać nad rozlanym mlekiem postanowiłem jakoś tę sytuację wykorzystać. Zacząłem rozmyślać na temat: "po co kobiety ubierają się 'wyzywająco'?" Otóż z moich obserwacji reakcji ludzi wywnioskowałem, że jeśli ta kobieta ubrała się tak a nie inaczej po to, by przyciągnąć wzrok mężczyzn, to w pewnym sensie jej się to udało. Tyle tylko, że 95% facetów, którzy się za nią obejrzeli, miało dziwny grymas na twarzy. I wo wcale nie z zachwytu a raczej z politowania...

Co więcej, "chętniej" oglądały się za nią kobiety niż mężczyźni! I tutaj prawie wszystkie reakcje były takie same - śmiech... O starszych ludziach łapiących się z niedowierzaniem za głowy i zasłaniających oczy wnukom już nie wspomnę... Szkoda czcionki.

Reasumując:
Skrajność jest ryzykowna i nie zawsze opłacalna.
Bardzo łatwo można przekroczyć granice...

wtorek, 19 czerwca 2007

Ciekawe!

Tworząc bloga jestem niejako skazany na krytykę odwiedzających. I bardzo dobrze! O to przecież chodzi, by dowiedzieć się co inni myślą na temat tego, co piszę. Może się okazać, że na opisywany przeze mnie temat wywiąże się bardzo ciekawa dyskusja. I do tego właśnie dążę. Bo nie jest tak ważne, czy ktoś się ze mną zgadza, czy wręcz przeciwnie. Ważne, by Czytelnik nie pozostał obojętny.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Bo gdy blog będzie czytany i komentowany przez 248597725 tysięcy Internautów, może się znaleźć taki jeden z drugim, którzy stwierdzą, że nie napisałem tu nic ciekawego! Właśnie dlatego, specjalnie dla tych ludzi napiszę to!

COŚ CIEKAWEGO!

Tym oto sposobem już nikt nie ma podstaw, by kiedykolwiek zarzucić mi, że nie napisałem nic ciekawego. Co więcej! Teraz można reklamować mojego bloga jako miejsce, gdzie jest napisane coś ciekawego! Taki mój "hyt makłetingowy". ;)

poniedziałek, 18 czerwca 2007

I do przodu!

Niedawno podjąłem ważną i niezwykle trudną decyzję: rezygnuję ze studiów. Bardzo dużo i długo nad tym myślałem. Rozważałem wszelkie za i przeciw. Analizowałem "co by było, gdyby" w każdym wariancie. I zdecydowałem.

Postanowiłem, że skoro jest tak, że już teraz nie potrafię dać sobie rady, a później będzie jeszcze trudniej, to lepiej będzie jeśli zrezygnuję teraz, niż gdybym miał podjąć taką decyzję za rok czy dwa.

Najczęstrzą reakcją na moją decycję było stwierdzenie: "Jak to? Przecież to studia! Bez nich niczego nie osiągniesz! One są niezbędne!" Ale czy tak jest na pewno? Czy teraz wszystko się dla mnie zamyka? Czy bez jakiegoś papierka jestem nikim?

NIE! Po pierwsze, nie rzucam studiów jako takich - ogólnie i definitywnie. Po prostu rezygnuję z kontynuowania tego konkretnego kierunku na tej konkretnej uczelni. Po drugie, coś już się jednak do tej pory nauczyłem. Co więcej - to, na czym mi najbardziej zależało opanowałem najlepiej. A konkretne umiejętności są przecież najważniejsze...

Możliwe nawet, że już niedługo te umiejętniści się przydadzą. W celach zarobkowych oczywiście. :D

No i nie ma co włosów z głowy rwać, tylko trzeba iść dalej. Do przodu. Przed siebie. I tak też robię. Zapisalem się na prawo jazdy (w końcu mogę zrobić to, no czym od dawna mi zależało). Złożę podanie do innej uczelni, więc całkowicie nauki nie rzucam i z rytmu nie wyjdę. A, że po tym magistra nie będę miał... Cóż, nie wszystko na raz. ;)

Nawet bloga zacząłem prowadzić! Istne szaleństwo!!!

Czy to wszystko, to cofanie się w rozwoju? Nie! Nawet nie stoję w miejscu, tylko prę do przodu!

Bo z życiem czasem trzeba się pogodzić. Nie zawsze opłaca się walczyć...